Archive for Luty 2010

h1

Jeden cel > przeżyć.

Luty 26, 2010

Ha, były ciastka! Tym stwierdzeniem chcę wyrazić, że plan na ten tydzień został zrealizowany w 100 procentach. Byłam zarówno na wykładzie Chomczyńskiego jak i na konferencji. Wykład był bardzo ciekawy, wygłoszony z humorem i tak, by zaciekawić różnych słuchaczy 😉 I sala była pełna! O tym, że było warto iść może świadczyć fakt, że nawet stanie przez cały wykład nie było dla nas uciążliwe. W ogóle się o tym nie myślało.

Konferencja- oczywiście nie zdążyłam na początek, a żałuję, bo z reguły jest tak, że pierwsze wykłady są najlepsze. Ale dalej też było w porządku, szczególnie że już drugi raz usłyszałam, że prezentacje trzeba robić krótsze :> Następnym razem rzeczywiście się do tego dostosuję! Wykład na temat badań na zwierzętach był właściwie przedstawieniem kwestii prawnej. Liczyłam na trochę coś innego, chociaż może to tylko ja z całego grona zastanawiałam się jak to wygląda w rzeczywistości, a inni z praktyką tego typu badań są już jakoś zapoznani… Co do statystyki, była przedstawiona w trochę innym ujęciu niż zwykle (i jak zaznaczył sam prelegent, przeznaczona dla studentów po kursie statystyki, a nie przed ;> Wyszukiwanie informacji w bazie biblioteki- jak najbardziej przydatne, tylko później może trochę przesadnie szczegółowo omawiane. Nikt przeciez nie zapamięta co klikać ileś razy z rzędu żeby dotrzeć do jakiegoś celu. I tak trzeba to rozpracować samemu. Ale ważne, że zakomunikowano pewne możliwości. Bardzo jak dla mnie ciekawy był pierwszy wykład na który zdążyłam, gdzie omówiono najczęstsze błędy popełniane podczas planowania, przeprowadzania, pisania i publikowania prac badawczych. Jak się temu dobrze przyjrzałam, to sztandarowym przykładem do omówienia wszelkich wymienionych błedów mogłaby być… moja praca przygotowywana na OB! xD I tak jednak uważam, że miała swoją wartość. Cóż zrekompensowałoby mi tyle miłych, letnich dni spędzonych w lesie?

Cóż, możnaby to nazwać całkiem udanym tygodniem. Niestety, niezupełnie. Po pierwsze, co mnie niebywale irytuje, leżę w łóżku. Z jakimś przeklętym wirusem. Zaatakował mnie akurat wtedy, gdy miałam szczyt zajęciowo-konferencyjny. I w ogóle, najbliższe tygodnie to zdecydowanie nie jest dobry moment na chorowanie! W tym tygodniu muszę zdać na 5 kolokwium z anionów, jeśli chcę być zwolniona z dużej, niebywale uciążliwej [zadziałała cenzura], części egzaminu. No cóż, nie pozostaje nic, tylko się uczyć. Aaaale nie! Zaczęliśmy właśnie chemię organiczną. Okazało się, że jesteśmy skończonymi idiotami, to, czego się tu uczymy Amerykanie mają w podstawówce, wszelkie dobre podręczniki są dla nas i tak za trudne, a możliwości usprawiedliwienia nieobecności (jednej, maksymalnie dwóch) mamy wręcz niebotyczne! Nie to co… w Juniwersiti of Florida! Ha! I ciesz tu się z przedmiotu, jak tego się słuchać nie da. A naprawdę, naprawdę CHCĘ się wgryźć dobrze w tą organiczną. Zawsze bardziej to lubiłam. A teraz nawet nie do końca wiem jak się tego uczyć i z jakich podręczników. Kupiłam I część McMurry’ego i od tego zacznę. Niech się dzieje wola nieba! Nie dam się zniechęcić.

I nawet pomimo tego, że na tą chemię organiczną muszę już sporo umieć w ten sam dzień, co mam to sądne kolokwium, to wszystko nie byłoby jeszcze takie złe, gdyby nie ANATOMIA. Ludzie kochani! Wykład rozszerzał może o 10%  to co już wiemy. Ale ćwiczenia! Tak jak zwykle słyszałam, że na nim nie pytają, że jest miła atmosfera, tak to co nas spotkało było jak cios obuchem w nasze bezużyteczne farmaceutyczne łby. Ćwiczenia zaczynają się 15 minut po zakończeniu wykładu. I na nich mamy już umieć recytować wszystko z wykładu [czyli trzeba przygotować sie wcześniej] co może jest zrozumiałe, ale po kiego grzyba, że się tak wyrażę, mamy wiedzieć dwa razy więcej!? Przez 80 minut po kolei byliśmy dołowani, ćwiczeniowec udowadniał nam na wszelkie sposoby, że jesteśmy idiotami. Z farmacji. „Podobno tam macie matematykę, na farmacji! A pani nie wie ile kości jest w czaszce!”. Nas to bynajmniej nie śmieszyło. Ostatnie dziesięć minut mieliśmy sobie pooglądać preparaty. A wiadomo, co znaczy „sobie pooglądać”. Uczenie się tych wszystkich szczególikowów to zupełna strata czasu, bo na zaliczeniu mamy tylko materiał z wykładów. I podobno tylko ten jeden człowiek ma tego typu „system nauczania”. Czy ja jestem jakaś pechowa? To już trzeci ćwiczeniowiec z nastawieniem „jesteście niczym”. Całe szczęście są przedmioty, gdzie traktują nas po ludzku.

[Może nie powinnam tego pisać tak na świeżo, targana emocjami, ale niech to będzie rodzaj terapii, bo zwariuję.]

Reklamy
h1

Nowy tydzień, nowe plany.

Luty 20, 2010

Nie tylko nowy tydzień, ale i cały nowy semestr. Co to będzie, nikt jeszcze nie wie. Na razie jednak jest to dopiero pierwszy tydzień, więc luzik i można trochę „powędrować” po Poznaniu 😉

A tych kilka dni zapowiada się dość ciekawie.

Środa będzie biegiem od rana do wieczora, a to wszystko przez dwa genetyczne wydarzenia. W okienku między kolokwium z angielskiego a ćwiczeniami z botaniki chcę pobiec na wykład otwarty dr Piotra Chomczyńskiego pt.   „Kto rządzi: geny nami, czy my genami?”.  Wykład odbędzie się 24 lutego w Ośrodku Nauki Polskiej Akademii Nauk, przy ul. Wieniawskiego 17. O godzinie 11. Pech chce, że o tej godzinie kończę angielski, ale mamy kolokwium, które w związku z tym będę pisała najszybciej jak potrafię, żeby jakoś zdążyć. Może zdążę i trafię. Przynajmniej spróbuję. Sam dr Chomczyński jest dla mnie interesującą postacią, więc naprawdę będę żałować jak się nie uda! [Zachęcam do przeczytania artykułu o nim: http://wyborcza.pl/1,75476,1923978.html ]

Wieczorem tego samego dnia, o 18.30 odbywa się koło genetyki medycznej, na które, myślę, spokojnie uda mi się dobiec z łaciny. Mój dzień skończy się więc gdzieś koło 20, potem jeszcze półgodzinna podróż tramwajem do domu i spacerek z pętli… Uff… Ale będzie warto, czuję to 😉 Tematem tego spotkania będą problemy rozrodcze o których opowie Pani mgr inż. Monika Zakrzewska.

A na deser, w czwartek, konferencja szkoleniowa Metodologia Badań Naukowych. Oczywiście tradycyjnie nie zdążę na początek. Nic to. Może będą ciastka 😉

Program Konferencji:

15:00 – 15:40 Dr hab. Michał Nowicki (Katedra i Zaklad Histologii i Embriologii, Uniwersytet Medyczny)
                     Podstawy Metodologii Badań Naukowych cz. I

15:40 – 16:20 Prof. dr hab. Janusz Witowski (Katedra i Zakład Patofizjologii, Uniwersyet Medyczny)
                     Podstawy Metodologii Badań Naukowych cz. II

16:20 – 17:00 mgr Aniela Piotrowicz (Dyrektor Biblioteki Głównej, Uniwersytet Medyczny)
                     Dostęp do profesjonalnej informacji naukowej w Internecie i zasobach Biblioteki

17:00 – 17:15 PRZERWA KAWOWA

17:15 – 17:40 Prof. dr hab. Jerzy Moczko (Katedra i Zakład Informatyki i Statystyki, UMP )
                      Statystyka w badaniach naukowych

17:40 – 18:20 Prof. dr hab. Katarzyna Wieczorowska-Tobis (Katedra i Zakład Patofizjologii UMP)
                     Przedstawienie wyników badań – tworzenie prezentacji, wystąpienie na koferencjach.

18:20 – 18:45 Prof. dr hab. Krzysztof W. Nowak
                     (Katedra Fizjologii i Biochemii Zwierząt, Uniwersytet Przyrodniczy)
                     Badania naukowe prowadzone na zwierzętach

18:45  –         PANEL EKSPERCKI
                     Prof. dr hab. Maciej Zabel odpowie na Wasze pytania odnośnie ścieżek kariery naukowej,
                     studiów doktoranckich, finansowania badań naukowych oraz WSZELKIE INNE!!

h1

Zbyt czuła?

Luty 18, 2010

Czego to człowiek nie znajdzie, w ogóle się tego nie spodziewając! Szczególnie w internecie. Byłam właśnie w trakcie poszukiwań zdjęcia włosków liścia mięty (i z sukcesem je znalazłam), oto one:

Pytanie tylko- gdzie? No właśnie. Na blogu pewnego profesora-biochemika [zaskoczenie]. Przeczytałam kilka jego postów i okazało się, że nawiązuje on czasem również do genetyki. Od razu zaznaczam, że nie popieram wszystkich jego opinii, a jedynie szukam ciekawych faktów 😉  Mam nadzieję, że to nie będzie plagiat, jeśli trochę tu napiszę na te tematy na podstawie jego postów. Adres bloga: http://sandwalk.blogspot.com/2009_03_01_archive.html

Pierwszym tematem który wpadłmi w oko była opinia na temat czułości metod wykrywania DNA i tym samym- ich wiarygodności.

Autor sugeruje, że wszechobecność zjawiska alternatywnego splicingu, występowania snRNA i miejsc wiązania czynników transkrypcyjnych może wynikać właśnie ze zbyt dużej czułości metody. Przytacza również ciekawy przykład, który obrazuje jak nawet drobne zanieczyszczenia mogą zupełnie zafałszować wyniki. Niemiecka policja znalazła DNA pewnej nieznanej kobiety na miejscu ponad 40 przestępstw, jak się później okazało, nie była ona ich sprawcą a jedynie pracownikiem fabryki wacików w Bawarii, które wykorzystywano do pobierania próbek DNA. Cóż, dobrze, że ktoś w końcu na to wpadł.

h1

Ence-pence, w której ręce? Czyli o wpływie GMO na nasze zdrowie.

Luty 7, 2010

Ence-pence, w której ręce? Problem w tym, że w żadnej. A jeśli już, to w rękach ludzi młodych, otwartych na nowości i lepiej wykształconych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Pracownię Badań Społecznych, Polacy bardzo niechętnie sięgają po produkty spożywcze wyprodukowane z organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO). Przeciętna polska ręka ma już określone preferencje i wyrobione sklepowe odruchy. Nie ma powodu, by poszukiwać nowych, transgenicznych wrażeń. Szczególnie w świetle tych wszystkich przerażających pogłosek.

Respondentom zadawano pytanie: Czy dokonałbyś zakupu produktu spożywczego wiedząc, że zawiera on składniki zmodyfikowane genetycznie (GMO)? Siedemdziesiąt pięć procent z nich odpowiedziało, że nie. Skąd bierze się taka niechęć? Jak twierdzi psycholog dr n. biol. Jarosław Skommer postawa wobec tematów dotykających naszego zdrowia, jak właśnie spożywania GMO, jest zbudowana z trzech czynników: wiedzy na dany temat, emocji z nim związanych i zachowania wobec problemu. „Czasami jest tak, że nasza postawa składa się wyłącznie z emocji, szczególnie wtedy, gdy brakuje wiedzy na dany temat”. Wydaje się, że to właśnie tu tkwi przynajmniej część problemu. Brakuje rzetelnych publikacji na temat GMO, podających argumenty za i przeciw w taki sposób, by każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie. „Nie wiemy co to jest, a jak nie wiemy, to tego nie dotkniemy, nie spróbujemy, nie kupimy. Tym przejawia się lęk” – dodaje dr Skommer. W pewnym sensie trudno dziwić się tym obawom, skoro popularna wyszukiwarka internetowa po wpisaniu hasła „GMO” wyświetla od razu znane zdjęcie płodu ludzkiego egzystującego wewnątrz pomidora i inne „zmodyfikowane” organizmy. To, że modyfikacja została dokonana Photoshopem jak widać nie ma tu znaczenia.

Skoro strach i niechęć źle czują się w obecności wiedzy, istniała szansa, że zadanie tego samego pytania studentom uniwersytetu medycznego przyniesie zgoła odmienne rezultaty. Okazało się, że rzeczywiście tak jest. Ponad sześćdziesiąt procent osób uczestniczących w sondzie wykazało chęć zakupu produktów zmodyfikowanych genetycznie. „Jeśli wychodzimy z założenia, że żywność transgeniczna jest żywnością zdrową i lęk przed nią jest nieuzasadniony, to można by powiedzieć, że świadomość studentów UMP jest w tym względzie wysoka” – mówi dr Skommer – „To ich pozytywnie wyróżnia w stosunku do populacji”. Rzeczywiście, można by dojść do takich pokrzepiających dla nas wniosków, gdyby nie pewien dodatkowy czynnik, na który zwraca uwagę dr Skommer: „Przepytana została grupa młodych osób, a ludzie młodzi z reguły są bardziej skłonni do podejmowania ryzykownych decyzji, są bardziej otwarci na nowość. Starsze pokolenie, które obejmuje ankieta dotycząca całego społeczeństwa polskiego, ma bardziej ugruntowane postawy wobec żywienia”. Niewątpliwie jednak wynik sondażu dowodzi, że z czasem coraz większy procent społeczeństwa będzie się przekonywał do żywności transgenicznej.

Dr Skommer zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, z którym związana jest niepewność Polaków względem GMO: natłok sprzecznych argumentów i, co za tym idzie, trudność w znalezieniu wiarygodnych źródeł informacji. Stąd w społeczeństwie pojawiają się mity i obiegowe, niesprawdzone opinie. Jedną z nich, zapewne absurdalną dla osób, które posiadają już pewną wiedzę biologiczną, jest pokutująca w społeczeństwie obawa, że  „Nowe geny, zawarte w GMO mogą być toksyczne, lub wbudować się w mój genom”. Nie, nie ma co się śmiać, ponieważ opinia ta paradoksalnie ma swoje źródło w badaniach naukowych. Wiele zamieszania wprowadziła praca Mazza i współpracowników, dowodząca, że krótkie fragmenty DNA transgenicznej kukurydzy odnajdowane były w tkankach prosiąt karmionych tą paszą. Dr n. farm. Anna Budzianowska z Katedry i Zakładu Botaniki Farmaceutycznej i Biotechnologii Roślin, poproszona o ustosunkowanie się do tych wyników, stwierdza:  „DNA i białka pochodzące z organizmów transgenicznych trawimy przecież tak samo jak te pochodzące ze zwykłych roślin. Nie ma możliwości, by obcy DNA wbudował się w nasz genom”. Skąd więc obcy DNA w tkankach prosiąt? Wytłumaczenie jest dość banalne – wszelkie cudzożywne organizmy od milionów lat wykorzystywały pobierany z pokarmem DNA, trawiąc je na mniejsze fragmenty i wykorzystując jako budulec dla własnych struktur. Jednak są to fragmenty bardzo małe, a prawdopodobieństwo, by w pełni funkcjonalny gen wbudował się w ludzki genom jest naprawdę znikome i warunkowane przez długi szereg czynników. Gen rośliny, by stworzyć rzeczywiste niebezpieczeństwo, musiałby przetrwać wszelkie procesy obróbki pokarmu, zostać uwolniony w postaci liniowej, przetrwać działanie wielu enzymów, zarówno nukleaz roślinnych jak i soków trawiennych oraz skutecznie konkurować z innymi fragmentami DNA z pokarmu. Ponadto komórka jelita musiałaby być zdolna do transformacji, a gen musiałby przetrwać działanie jej enzymów restrykcyjnych i trafić akurat na moment, w którym DNA w jądrze ulegałoby rzadkim procesom naprawy lub rekombinacji. Trudna droga, prawda? Na uwagę zasługuje następujący wniosek autorów pracy: „(…)na podstawie uzyskanych wyników uważamy za nieuprawnione stwierdzenie, że nasilony transfer materiału genetycznego z paszy do tkanek zwierząt ma miejsce w przypadku roślin GM”. Dziwnym trafem, przeciwnicy żywności modyfikowanej genetycznie zdają się nie przyjmować tego wniosku do wiadomości. W świetle tych argumentów powyższe wątpliwości możemy ze spokojnym sumieniem odsunąć. Pojawia się jednak inna obawa: „Mikroorganizmy w moim jelicie pobiorą obcy DNA i staną się niebezpieczne”. Jest to problem warty dokładniejszego rozważenia.  W normalnych warunkach panujących w jelicie resztki pokarmowe, włączając w to mikroflorę, nie zawierają nowych genów. Jednakże w momencie, gdy warunki te są odmienne od naturalnych, na przykład przy okazji zabiegu ileostomii, wydalane organizmy, jak wykazały badania, mogą zawierać śladowe ilości transgenicznego DNA. Ponadto istnieją przypuszczenia, że kompetencja komórek bakteryjnych rośnie w kontakcie ze śliną, jednak to, czy potrafią przeżyć transfer z jelita przez żołądek do jamy ustnej nie zostało potwierdzone. Co jednak najważniejsze – nigdy nie udowodniono, że mikroorganizmy w kontakcie z transgenicznym DNA mogą rzeczywiście nabywać jakiekolwiek niebezpieczne właściwości. Owszem, można by stwierdzić, że to jeszcze nie dostateczny dowód, że tak nie dzieje się w ogóle. Jednak na pewno jest to dowód na to, że nawet jeśli ten proces zachodzi, to na bardzo skromną skalę. Stosując tego typu rozumowanie, nie moglibyśmy zaufać niczemu. Moglibyśmy równie dobrze nie mieć dowodu, że Jasiu nie siada nigdy za kierownicą po spożyciu alkoholu. Ale czy to znaczy, że nie powinniśmy wcale wsiadać z nim do samochodu?

  Co jednak z kolejnym argumentem przytaczanym przez przeciwników GMO: „Toksyny bakteryjne zawarte w zmodyfikowanej żywności będą dla mnie trujące”. Po pierwsze powinniśmy zdać sobie sprawę, że każda substancja jest trucizną, w zależności od dawki. Co więcej, to, co dla jednego jest trucizną, innemu organizmowi może nie przynosić żadnej szkody. Czekoladę możemy jeść z upodobaniem nie bojąc się żadnych skutków ubocznych (o ile spożywamy ją w rozsądnych ilościach), czego nie można powiedzieć o psach, na które ma ona wpływ toksyczny (co wcale nie znaczy, że również nie jedzą jej z upodobaniem…). Zawartość toksyn przeciwko omacnicy prosowiance w zmodyfikowanej kukurydzy Bt jest ściśle kontrolowana, a nowe białko musi ulegać całkowitemu rozkładowi w układzie pokarmowym. „Okazało się, że ta naturalna toksyna jest toksyną wybiórczą, szkodliwą jedynie dla tego owada” – mówi dr Budzianowska – „Nie było żadnych zgłoszeń, by komuś zaszkodziła, a przecież transgeniczna kukurydza jest spożywana w USA już od kilkunastu lat”.
Dr Budzianowska podkreśla przy okazji, że problem zwalczania omacnicy prosowianki nie jest już problemem odległym dla polskich rolników, ponieważ szkodnik ten pojawił się ostatnio również w naszym kraju. Niewątpliwie będzie to czynnik sprzyjający poszerzaniu upraw kukurydzy Bt w Polsce, by uniknąć znacznych strat w zbiorach.   

„Spożywając GMO na pewno się rozchoruję!” jest jedną z ważniejszych obaw przeciwników GMO. Wcale nietrudno nawet na własne uszy (!) usłyszeć opinie typu „to mi coś zrobi z mózgiem!”… Zdecydowana większość badań przeprowadzanych na zwierzętach nie wykazuje szkodliwego wpływu diety opartej na żywności GM na ich zdrowie. Dlaczego to nie przemawia? Znów wracamy do problemu Jasia i jego samochodu… „To, że jesteśmy w stanie podać dowody, że ta żywność nie szkodzi, to jeszcze za mało” – mówi dr Skommer –„ludzie będą oporni nawet wobec wiedzy naukowej, ponieważ są nieufni wobec tego rodzaju wiedzy. Szczególnie, jeśli dotyczy to ich zdrowia”. Chcąc być obiektywnym, nie można jednak nie ustosunkować się do tych wyników badań, które wskazują na pewne zmiany fizjologiczne (w funkcjonowaniu hepatocytów, komórek wydzielniczych trzustki czy komórek Sertoliego) i zdolność odchowania potomstwa u zwierząt karmionych GMO. Autorzy tych badań formułują wnioski bardzo ostrożnie, nigdy jednoznacznie nie wskazując na rzeczywiste szkodliwe działanie. Bardzo często wyniki tych badań nie są powtarzalne, lub też zawierają błędy w procedurze wykonywania doświadczenia, co znacząco wpływa na ich wiarygodność.

„GMO wywołują alergię!”. Białek wywołujących alergie jest około 200 spośród setek tysięcy białek, które na co dzień zjadamy. Struktura przestrzenna typowych alergenów jest już bardzo dobrze poznana i żadne białko transgeniczne, mające strukturę podobną do jednego z nich, nie może zostać wykorzystane w roślinach modyfikowanych genetycznie. Dlatego też produkty GM poddawane są bardzo restrykcyjnym testom na alergenność. Docelowa cząsteczka przechodzi szereg badań: zbadanie ogólnego podobieństwa nowego białka w porównaniu ze znanymi alergenami, podobieństwa w sekwencji aminokwasów oraz identyczności serologicznej. Następnie szacowana jest odporność na trawienie i przeprowadzane są badania na zwierzętach. Jak zauważa dr Budzianowska: „Istnieje tyle czynników związanych z uprzemysłowieniem, komunikacją miejską czy chemizacją rolnictwa, że składnik przebadany tak szeroko jak transgeniczne białko nie może być istotnym czynnikiem alergennym”. Jedynym niebezpieczeństwem może być brak informacji. Alergik może nie być świadom, że wraz z pomidorem zjada białko kapusty, na które jest uczulony. Do tej pory są to jednak rozważania czysto teoretyczne.

Jednym z głównych wniosków płynących z wielu prac badawczych prowadzonych na całym świecie jest równoważność odżywcza roślin GM i roślin niemodyfikowanych. Dodatkowo nie ma udowodnionego negatywnego wpływu spożywania tych produktów na organizm człowieka. „Jestem w pełni przekonana, że ta żywność jest lepsza niż wytwarzana za pomocą zintensyfikowanego rolnictwa” – przyznaje dr Budzianowska – „Pojawiały się, co prawda, prace dowodzące szkodliwości roślin GM, lecz były one od razu weryfikowane i zazwyczaj ich wyniki nie były potwierdzone w innych badaniach. Nigdy nie możemy być pewni, że roślina wyprodukuje tylko ten jeden, docelowy metabolit. Jednak to wszystko podlega wcześniej dokładnemu sprawdzeniu”. W tym momencie pojawia się kolejna kwestia: w jakim stopniu potrafimy zaufać naukowcom? Badania biologiczne są wyjątkowo złożone i często niejednoznaczne. Czy potrafimy to zaakceptować w tak ważnej kwestii jak nasze żywienie?

Zdaje się, że nie mamy wyboru. Pozostaje nam albo wysłuchać argumentów naukowców, albo przed sklepową półką zdać się na ślepy los, wymawiając słowa dziecięcych wyliczanek. Ence-pence,…?

Marta Ptaszyk
h1

Ideo bloga, nie umieraj. Oraz Amgen-Dizziness.

Luty 7, 2010

Cały czas myślę nad Amgen Scholars. Możliwe, że ktoś mógłby tam ze mną pojechać, to już byłoby lepiej. Jeśli dzisiaj nie podęjmę decyzji, wszystko przepada. Bo musiałabym bardzo szybko zbierać i wysyłać dokumenty… Mam dwie możliwości tak naprawdę, prącę tutaj:

http://www.sanger.ac.uk/research/projects/genetrap/

Albo tutaj:

http://www.sanger.ac.uk/research/projects/geneticsofdeafness/

Ciężko, naprawdę ciężko coś zdecydować. Jest tyle za i przeciw… Ale jak teraz nie pojadę, to później już będą praktyki wakacyjne i może jeszcze jakieś poprawki i już nie dam rady. Shit. [Sorry.]

Chciałabym wreszcie bardziej „zgenetykować” bloga i uwolnić go od postów typu „co tam dragonka sobie myśli”. Przydałoby się umieścić tu wreszcie jakieś ciekawe informacje na temat odkryć itp. Chyba jednak ten pomysł będzie musiał poczekać aż zdam egzamin z genetyki (w środę!) i- stara śpiewka- dorobię się internetu w Pozen…

Na chwilę obecną mogę zaproponować przeczytanie artukułu, który ukaże się w następnym Pulsie UM, na temat zagrożeń jakie niesie dieta oparta na GMO dla naszego zdrowia. I nie bijcie, starałam się być jak najbardziej obiektywna. Tylko w tej kwestii raczej nie mam wątpliwości. Następny artykuł dotyczący wpływu GMO na srodowisko naturalne będzie raczej mniej optymistyczny. W każdym razie, zapraszam do lektury [nastepny post].