Archive for the ‘Biotechnologia’ Category

h1

Luty 24, 2011

Woła mnie łóżko… Po 13 godzinach spędzonych nad prezentacją na koło naukowe Biotechnologii, mam wrażenie, że robi to całkiem donośnie. I ma prawo, w końcu mam ferie. Cały tydzień. Z którego zostały zaledwie trzy dni… Żeby naprawdę odpocząć i móc pozwolić sobie na dogłębne nicnierobienie, musiałabym mieć wolne ze trzy tygodnie! A tak – musiałam odpoczywać intensywnie. Zaraz po piątkowym egzaminie z anatomii jechałam do domu szybko się pakować i… w góry! Tam przez cztery dni pozwoliłam sobie prawie nic nie robić, jeździć na nartach, oglądać House’a, grać w bilard, spać i cierpieć na zakwasy. Wczoraj nastąpił powrót do rzeczywistości.

Mogę stwierdzić, że plan pierwszopółroczowy został wykonany w stu procentach. Miałam dwa egzaminy, fizjologię na farmacji i anatomię na biotechu; obydwa udało mi się zdać na 5. W nowe półrocze wchodzę z pokaźną szansą na zwolnienie z egzaminu z chemii fizycznej i bardzo lichą nadzieją na zwolnienie z organy. Na anala już szans nie ma i bardzo dobrze, mam dosyć tego przedmiotu (choć przyznaję, że całkiem gładko przepisano mnie do innej grupy na drugie półrocze, pomimo wcześniejszych zastrzeżeń co do podwójnej formy studiowania, byłam mile zaskoczona…).

Trochę obawiam się tego drugiego półrocza, bo patrząc na plan – każdy dzień będzie wymagał solidnego przygotowania. A wracając do domu trzy razy w okolicach 18-19 widzę, że będzie to trudne.

Organiczną i anala mam w poniedziałek, kumulacja po prostu jak w totolotku…. Z organy zostało 5 ogromnych kół do zaliczenia na dobre oceny. A na anala trzeba być przygotowanym na każde zajęcia – na odpowiedź, zrobienie protokołu. Wtorek to dzień dla biofizyki – seminaria i jakieś rachunki, zobaczymy co to będzie, może się będzie uzupełniać z chemią fizyczną. Nie mam nic przeciwko liczeniu zadań – w sumie jakaś miła odmiana. W końcu zaliczyłam jakoś matmę w zeszłym półroczu – powinnam mieć jakiś warsztat matematyczny (z naciskiem na „powinnam”). Biofizyka kończy się egzaminem, jak więc możnaby ją zaniedbywać. Środa to maraton od 8 do 20, przez biochemię (mam nadzieję niewymagającą), histologię i biologię komórki (aż strach się bać – przedmiot zdecydowanie w sferze moich zainteresowań biologicznych ❤ ale ciężko będzie przygotować ponad 100 stron podręcznika na każde ćwiczenia i zdawać koła z histo… Chyba nie ma z tym żartów!) … aż po patofizjologię wieczorem, też mam nadzieję, że bardziej będziemy tam słuchać niż się wypowiadać – to jeszcze będę w stanie zrobić ;] Czwartek to dzień prawdy – rano onkologia w WCO, myślę, że bez stresu (jeśli zgodzą się mnie zwalniać dwadzieścia minut wcześniej – czyli po dwóch godzinach zajęć – to już zupełnie bez stresu) za to potem ćwiczenia z chemii fizycznej – zarówno liczenie zadań jak i ćwiczenia praktyczne z protokołem i odpytywaniem – na to już koniecznie muszę być przygotowana, przecież nie stracę szansy na zwolnienie z egzaminu ;] Piątek to farmakoekonomika i tenis w ramach wfu. Zamiast wykładu z biofizyki. Nie można mieć wszystkiego ;p W międzyczasie ćwiczeń jeszcze jakieś tam wykłady oczywiście, na które uda mi się chodzić ;] Zapowiada się kurcze kolejka górska z niezłymi atrakcjami.

Cóż, zanim się wezmę za przygotowania do inauguracyjnego pierwszego tygodnia musiałam sobie oczywiście wrzucić jeszcze coś na głowę. Stwierdziłam, że to jest jedyny moment w którym mogę poświęcić trochę czasu na zrobienie prezentacji na koło naukowe. Tematem jest Medycyna w skali nano, bardzo obszerny temat, bo musiał mi pozostawić dużo swobody (musiałam go podać przed wykonaniem prezentacji, a jak wiadomo, wszystko zawsze wychodzi inaczej niż sobie to wyobrażam). Ogólnie rzecz biorąc – opisuję techniki terapeutyczne opracowane przez naukowców różnych firm, głównie dotytczące walki z rakiem (choć nie tylko), bazujące na wykorzystaniu nanocząsteczek. Najciekawsze techniki postaram się też opisać na blogu, choć nie mam pojęcia kiedy miałabym to zrobić (jeśli uda mi się skończyć tą prezentację jutro <wątpliwe> to zabieram się za pochłanianie 250 stron skryptu z organy na kolokwium z analizy jakościowej, jak największej części „Seminariów z cytofizjologii” Zabla i oczywiście tematu z chemii fizycznej – to taki plan minimum). Adieu, ferie!

Reklamy
h1

Gra strategiczna, czyli jak chwycić dwa kierunki za ogon.

Luty 5, 2011

Artykuł z Pulsu UM, nr 130, styczeń 2011.

Student wybierający dwa kierunki staje na rozstaju dróg. Nie może bezpośrednio iść ani jedną ani drugą z nich – musi utorować sobie nową, własną drogę. Oczywiście – wymaga to o wiele więcej zachodu, ale w rezultacie dochodzi do zupełnie nowego miejsca. Wcale nie znaczy to, że dochodzi dalej niż inni. Czasem też toruje sobie nową drogę bliżej jednej z tych utartych. Im bardziej drogi się rozchodzą, tym trudniej utrzymać dobre tempo i kierunek w gąszczu przeciwności. Ostatnio jednak, nawet na Uczelni Medycznej, taki survival jest coraz bardziej popularny. Nasza naukowa natura nie pozwala nam nie postawić pytania: dlaczego? Jakie są przyczyny, konsekwencje i realia studiowania dwóch kierunków?

Jak wszystko się zaczyna?

Obecnie nie ma nic prostszego niż rozpoczęcie drugiego kierunku. Wystarczy dysponować wystarczającą sumą punktów z matury i przejść z sukcesem przez proces rekrutacji. Drugi kierunek można rozpocząć po ukończeniu co najmniej pierwszego roku na pierwszym kierunku. Po spełnieniu tych wymogów, należy udać się do dziekanatu i złożyć podanie o przyznanie indywidualnej organizacji zajęć w danym roku. Wydana zgoda stanowi upoważnienie do uczęszczania na  zajęcia z różnymi grupami, tak, by było możliwe pogodzenie planów zajęć. Każdą zmianę grupy należy indywidualnie uzgodnić z prowadzącym ćwiczenia. Prostota (choćby teoretyczna) tego przedsięwzięcia, stwarza szeroką drogę dla realizacji ambitnych planów. Skoro nie jest to zadanie łatwe, należałoby sprawdzić czym tak naprawdę kierują się osoby podejmujące ten wysiłek.

Większość dwukierunkowych studentów deklaruje, że przyjęty przez nich tryb nauki pozwoli im na zdobycie lepszych kwalifikacji i zwiększy szansę na zdobycie pracy. Należy jednak przyjąć pewną poprawkę na specyfikę studiów na uczelni medycznej. Można założyć, że właśnie po ukończeniu takich studiów problemy ze znalezieniem pracy są stosunkowo małe w porównaniu z uczelniami o profilu humanistycznym. Czy łączenie dwóch kierunków medycznych jest więc zasadne? Prof. Franciszek Główka z Katedry Farmacji Fizycznej i Farmakokinetyki poddaje w wątpliwość celowość niektórych połączeń: „Jeśli student studiuje medycynę i farmację, który zawód będzie wykonywał? Z tego co się orientuję, dwóch zawodów wykonywać nie może.”. Podobnego zdania jest prof. Teresa Gierlach-Hładoń, Prodziekan do Spraw Studenckich Wydziału Farmaceutycznego, która wskazuje jednak na pewne korzyści płynące z takiego połączenia: „Na pewno studiowanie dwóch kierunków jest poszerzeniem horyzontów, możliwości. Można ukończyć farmację i medycynę – taki lekarz ma lepsze rozeznanie jeżeli chodzi o farmakologię, wie lepiej co z danym lekiem się dzieje. Ale prawnie tych zawodów wykonywać nie można, mimo że wiąże się to z 11 latami studiów, bo studiowanie jednocześnie farmacji i medycyny jest niemożliwe”. Trudno nie zgodzić się z tym, że takie połączenie byłoby korzystne nie tylko dla lekarza z szeroką wiedzą farmaceutyczną lub farmaceuty z wiedzą medyczną, ale przede wszystkim dla chorego. Może jednak sytuację tą można by rozwiązać w sposób prostszy, choć pewnie wcale nie łatwiejszy, organizując wydajną współpracę lekarzy z farmaceutami w jednostkach służby zdrowia. Jeśli lekarz-farmaceuta nie jest absolutnym geniuszem – nigdy nie jest w stanie być wybitnym specjalistą w obydwu dziedzinach.

Względy praktyczne i powodzenie na rynku pracy są kluczowe także dla tych studentów, którzy nie chcą stworzyć hybrydy dwóch zawodów, lecz po prostu przekwalifikować się, gdyż wcześniej zdobyte wykształcenie jest mało atrakcyjne dla pracodawców. W tej sytuacji znalazła się Asia –  studiująca obecnie na drugim roku Farmacji: „Przede wszystkim chcę skończyć studia, po których będę mogła pracować w zawodzie i które do tego zawodu mnie przygotują. Po moim pierwszym kierunku (biologia na UAM) bardzo niewielu absolwentom udaje się znaleźć pracę” – mówi Asia, rozkładając ręce. Nikt nie może jej zarzucić, że nie jest pasjonatką biologii. Nawet do tej pory nie może oprzeć się wyprawom przyrodniczym, jednak rynek pracy nie pozostawił jej wyboru. „Nie studiuję dla samej przyjemności studiowania (choć niewątpliwie są takie – np. zniżka w MPK), ale po to, aby przygotować się do mojej przyszłej pracy zawodowej” – dodaje. Trudno zarzucić studentom takim jak Asia brak powodu dla podjęcia drugiego kierunku studiów. Można jednak zastanawiać się nad celowością podjęcia pierwszego. Jak jednak wybierać między względami praktycznymi a pasją? Trudno też winić osoby kończące szkołę średnią, że nie zawsze trafnie oceniają rynek pracy. W tym wieku bardziej liczy się to, w co się wierzy.

Istnieje też grupa studentów, dla których to nie kwalifikacje, lecz zdobywane umiejętności i wiedza są ważniejsze. Przykładem jest Szymon, który w swojej pracy magisterskiej na biologii na UAM-ie zajmuje się oddziaływaniem leków na błonę komórkową. Rozpoczął więc również farmację. „Stwierdziłem, że dobrze by było poszerzyć swoją wiedzę” – mówi. Zaraz jednak dodaje: „Ponadto, w podjęciu decyzji pomógł mi aspekt finansowy, a dokładniej zdobycie dodatkowego zawodu o dużych perspektywach na rynku pracy”.  

Klaudia, łącząca farmację z ratownictwem medycznym przyznaje, że od dłuższego czasu zastanawiała się nad podjęciem drugiego kierunku. „Bardzo chciałam spróbować czegoś nowego, czegoś innego, bo nie byłam do końca pewna, czy farmacja jest właśnie tym, co chcę studiować. Poza tym już wcześniej interesowałam się ratownictwem i chciałam mieć pewność, że w każdej niespodziewanej sytuacji będę umiała pomóc rannemu. Kolejnym powodem było sprawdzenie własnych możliwości, tego czy dam radę, jak bardzo jestem silna”. Dla niektórych osób może być to zaskakujące, ale wielu studentów dwukierunkowych ocenia swoje przedsięwzięcie właśnie z tej strony, niekiedy nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jedni podejmują nowe wyzwania i dostarczają sobie adrenaliny trenując sporty ekstremalne, inni nakładając na siebie dodatkowe obowiązki związane ze studiami. Jedno i drugie może dawać spełnienie i poprawiać ocenę własnej wartości, ale może też być uzależniające. Klaudia ma jednak całkiem zdrowe podejście do podjętego zadania. „Drugi kierunek to także możliwość poznania nowych, naprawdę niesamowitych ludzi” – dodaje.

Anita, również studentka drugiego roku farmacji, ma jeszcze jedną teorię wyjaśniająca dlaczego studenci podejmują kolejny kierunek studiów:  „W moim odczuciu podwójne studiowanie stało się pewnego rodzaju modą, na zasadzie – moja koleżanka rozpoczęła drugi kierunek, dlaczego i ja mam tego nie zrobić? A ja pytam – dlaczego Państwo ma płacić za tak nieuzasadnione pomysły?”. Anita stawia bardzo dobre pytanie i tym samym porusza niezwykle istotny temat – czy drugi kierunek powinien być płatny?

Studencie, chcesz studiować – płać!

Ostatnie dwa lata to czas ogólnopolskiej dyskusji na temat tego, czy za podjęcie drugiego kierunku studiów student powinien płacić. Wydaje się, że trudno będzie w przyszłości uniknąć tej zmiany, jednak na razie nie można jednoznacznie stwierdzić, że w roku akademickim 2011-2012 odpowiednia nowelizacja Ustawy o Szkolnictwie Wyższym wejdzie w życie. Na stronie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego można znaleźć projekt ustawy wraz z uzasadnieniem, będący w fazie konsultacji eksperckiej. Sam pomysł warto jednak poddać dyskusji. Zdecydowaną opozycję stanowią studenci, którzy planują podjęcie drugiego kierunku i nie mają pewności, czy uda im się uzyskać średnią na tyle wysoką, by zdobyć pozwolenie na bezpłatne studiowanie. Słusznie też uważają, że o tego typu zmianach powinni być informowani kilka lat wcześniej, by móc poczynić odpowiednie plany, opierając się na wiarygodnych informacjach z Ministerstwa. Można jednak spojrzeć na sytuację z trochę innej strony. „Uczciwie rzecz biorąc, drugi kierunek powinien być płatny” – przyznaje prof. Gierlach-Hładoń – „Za tymi studentami nie idą pieniądze, a wiadomo, że nasze ćwiczenia są bardzo kosztowne. Odczynniki, aparatura – to wszystko jest bardzo drogie”. Podobnego zdania jest prof. Główka: „Nie jestem przeciwnikiem studiowania na dwóch kierunkach, jeżeli student będzie za ten drugi kierunek płacił, bo wtedy nie jest to obciążeniem dla kasy państwowej. To społeczeństwo płaci za studia”. Zgodnie z wykładnią Konstytucji, dokonaną przez Trybunał Konstytucyjny, Państwo nie jest zobowiązane do zapewnienia bezpłatnej nauki wszystkim studentom – inaczej nie mogłyby funkcjonować studia zaoczne. Przeciwnicy odpłatności za drugi kierunek studiów twierdzą jednak, że wprowadzenie ustawy zamknie drogę do spełnienia kariery naukowej i zawodowej wielu osobom, co nie jest według nich uczciwe. Argument ten odpiera prof. Główka: „Zostawiamy pewien margines dla osób, które rzeczywiście są uzdolnione i chcą poszerzyć swoją wiedzę. Zakładamy, że ich potencjał jest tak duży, że może to być korzystne. Nie sądzę jednak, że może to dotyczyć większej grupy osób”.  Wprowadzenie limitu studentów, którzy mogą podjąć drugi kierunek bezpłatnie, z uwzględnieniem średniej, częściowo na pewno rozwiązałoby problem. Pozostawiłoby furtkę dla osób, którym naprawdę zależy na podjęciu drugiego kierunku i na własnym rozwoju. Wyeliminowano by też te osoby, które podejmują się dodatkowych studiów bez dogłębnego przemyślenia swojej decyzji. Systematyczna praca przez rok dla uzyskania możliwości bezpłatnego studiowania na drugim kierunku na pewno byłaby doskonałym sprawdzianem determinacji.

Odpowiedzialność studiowania

Na problem odpowiedzialności w podejmowaniu drugiego kierunku studiów zwraca uwagę Anita: „Często zdarza się, że ktoś podejmuje studia na drugim kierunku i rezygnuje z nich po miesiącu, bo stwierdza, że nie daje rady. W ten sposób w procesie rekrutacji zajął miejsce innej osobie, dla której być może był to wymarzony kierunek i w rzeczywistości to miejsce zmarnował. Dlatego uważam, że jeżeli już ktoś podejmuje studia na drugim kierunku, to powinien dokładnie przemyśleć swoją decyzję”. Niestety – miarą tego jak bardzo nam na czymś zależy jest to, ile wysiłku jesteśmy w stanie włożyć w zdobycie tego, lub… ile zapłacić. Znów powracamy do tematu odpłatności za drugi kierunek studiów. Na pewno obowiązek dokonania opłaty wpłynąłby na przemyślenie decyzji przez tych studentów, którzy rekrutują się na nowy kierunek tylko po to, by przez miesiąc pochodzić do prosektorium, lub dla tych, którzy zaczynają studia, żeby „przezimować”. Może warto w tym czasie zdobyć inne potrzebne umiejętności, zamiast zajmować miejsce innym? Można intensywnie uczyć się języków, wyjechać lub pracować. Z drugiej strony każdy ma prawo się pomylić. Wybór kierunku studiów jest jednym z najważniejszych  momentów w życiu. Determinuje przyszły zawód, a skoro tyle czasu spędzamy w pracy, to tym samym również jakość całego życia! Praca z chorymi jest trudna i wymaga specjalnych predyspozycji, dlatego szczególnie na uczelni medycznej trudno dziwić się studentom, którzy decydują się na zmianę kierunku. „Jest wiele osób, które na pierwszym roku np. farmacji poprawia maturę, dostaje się na kierunek lekarski lub lekarsko-dentystyczny i podejmuje te studia obok pierwszego kierunku” – mówi prof. Gierlach-Hładoń – „Jednak te osoby w krótkim czasie przerywają studia, bo nie są w stanie studiować tych dwóch kierunków jednocześnie. Najpierw biorą urlop dziekański, ale okazuje się, że w następnym roku nadal nie są w stanie tego pogodzić. Są też takie osoby, które wracają, ponieważ poszły na inny kierunek i stwierdziły, że praca w szpitalu z chorym nie wygląda to tak, jak sobie to wyobrażały i rezygnują”. Nietrudno więc wnioskować, że podjęcie decyzji o rozpoczęciu jakiegokolwiek kierunku, na wypadek, gdyby nie udało się przejść kolejnej rekrutacji na inny, jest bardzo trudne. Przynajmniej dla tych, którzy nie chcą stracić roku i choć trochę myślą o konsekwencjach swojej decyzji dla innych rekrutujących się studentów.

Dwukierunkowa rzeczywistość

Trudno nie zauważyć, że dla osób podejmujących drugi kierunek studiów nauka staje się dominującą częścią studenckiego życia. Jak radzą sobie ze swoimi obowiązkami? „Jest to niezwykle trudne, ponieważ okres zajęć na naszych studiach trwa praktycznie od rana do wieczora. Zajęć kontrolowanych, na które studenci muszą chodzić, jest bardzo dużo.” – przyznaje prof. Gierlach-Hładoń. Ponadto dodaje, że studenci  często opuszczają wykłady: „W zasadzie wykłady też są obowiązkowe, tylko nie sprawdza się na nich obecności. Jeżeli jednak ktoś chce studiować dogłębnie, to też powinien na nie chodzić, ponieważ za to uzyskuje punkty ECTS, a nie za to, że w tym czasie wykonuje inne zajęcia”. Ponownie, zdanie Pani Profesor podziela prof. Główka: „Jak wykład może być nieobowiązkowy, jeżeli jest to materiał, który student musi zdać? Punty ECTS obejmują, oprócz skali trudności przedmiotu, również wykłady. Studenci powinni w nich uczestniczyć. A student jedno- czy dwukierunkowy ma takie same obowiązki”. Ponadto dodaje: „Z moich doświadczeń wynika, że studenci studiujący dwa kierunki często nie mają czasu na dobre wykonanie obowiązków. Doba ma 24 godziny i trudno to wszystko pogodzić”.

Nie można powyższym wypowiedziom nie przyznać racji, jednak przyglądając się słuchaczom wykładów, często da się zauważyć, że wcale nie jest to regułą. Braki w składzie osobowym roku są  tylko w małej części wywołane nieobecnością studentów dwukierunkowych. Często są to po prostu nieobecności z wyboru, żeby nie nazwać tego lenistwem. Studenci studiujący dwa kierunki nierzadko są bardziej ambitni i dokładają większych starań, by dobrze wypaść na kolokwiach. Trudno zgadnąć, czy jest to też kwestią pewnego rodzaju honoru. Nikt nie chce, by powiedziano mu, że źle wypadł, bo podjął się zadania ponad siły.

Swój sposób na skuteczną naukę opisuje Klaudia: „Przede wszystkim staram się uczyć na bieżąco. Chociaż nie jest to łatwe, kiedy wraca się do domu po 20-tej. Na początku roku ambitnie uczyłam się nocami, ale jak można było przewidzieć, długo tak nie wytrzymałam. Najważniejsze to ustalić sobie priorytety i się ich trzymać”. Na jednym z internetowych blogów studentka naszej uczelni pisze, że studiowanie dwóch kierunków przypomina grę strategiczną. Czasem trzeba odpuścić jedno, żeby zyskać drugie. Zmobilizować się wcześniej, by później nie zabrakło czasu. Bardzo dokładnie przewidywać i planować. Mieć wszystko pod kontrolą i ani na chwilę nie stracić czujności. Szymon również ma swój sposób na przyswajanie wiedzy: „Sporo materiału zwłaszcza na I i II roku farmacji pokrywa się z materiałem realizowanym przeze mnie w ramach studiów biologicznych, co znacząco skraca czas potrzebny na opanowanie materiału. Trzeba stosować jak najmniej „pamięciówki”, a jak najwięcej bazować na posiadanej już wiedzy i tylko ją uzupełniać. I nie przerażać się!”. Prof. Gierlach-Hładoń zauważa jeszcze jeden aspekt studenckiego życia: „Jeżeli studenci podejmujący się drugiego kierunku studiów chcą dobrze wykonać to, czego się podjęli, to chyba nie mają już czasu na życie osobiste”. Pewien problem społeczny zauważa również Szymon: „Poznaję cały rok „meandrując” pomiędzy grupami, ale w żadnej z nich nie mogę „zagrzać” dłużej miejsca”.

Studiowanie dwóch kierunków niezaprzeczalnie stanowi duże obciążenie zarówno psychiczne jak i fizyczne, wywołuje więcej stresu i presji niż studiowanie na jednym kierunku. „Nie wiem nawet, czy udało mi się połączyć plany” – mówi Klaudia – „Na ratownictwie plan zmienia się średnio co 3 tygodnie. Dlatego plany łączę na bieżąco, na tydzień do przodu. A ze zrozumieniem ze strony asystentów też bywa różnie” – dodaje – „Są tacy, którzy nie widzą żadnego problemu w zmienianiu grup czy w tym, że czasami spóźniam się na zajęcia. Ale niestety nie wszyscy. To po prostu trzeba przeżyć, zacisnąć zęby i nie przejmować się”. Studenci dwukierunkowi muszą uważać, by nie osiągnąć wręcz odwrotnego efektu niż zamierzali. W nawale obowiązków trudno jest czytać interesujące publikacje czy uczestniczyć aktywnie w kole naukowym. Czasami trzeba rozpatrzyć , co opłaca się bardziej.

Na pewno trudno jest torować sobie nową, własną drogę przez studia dwukierunkowe. Jednak nie jest to niemożliwe. Niezależnie od tego, z jakiego powodu podejmuje się drugi kierunek studiów, powinna być to decyzja jak najlepiej przemyślana, żeby nie okazało się, że kończy się to tak, jak łapanie przysłowiowych srok za ogon. Nie da się ukryć, że o studentach dwukierunkowych myśli się różnie, a przecież każdy ma prawo być kowalem swojego losu, więc… studiujmy i pozwólmy studiować! J

Marta Ptaszyk i Anita Pogorzelska

h1

Gra strategiczna.

Listopad 28, 2010

Nie wiedziałam, że można spać w tylu różnych miejscach. Na wykładzie, na piwie ze znajomymi, a ostatnio coraz częściej – między przystankami w tramwaju. Oprócz mnie, sypiają tam jeszcze tylko żule.

Przyznaję – jest kocioł. Naprawdę trzeba się mocno spiąć, żeby wszystko ogarnąć, żeby zamknęło się w jakąś całość. Nauczyłam się też iść na pewne kompromisy – np. ten piątek i sobota przeznaczone były na odpoczynek, kosztem niezdanego poniedziałkowego koła z matmy (niezdanie tego koła – na szczęście pierwszego w tym roku – jest wpisane w misterny plan gry). Bo czuję się jak w jakiejś grze… Najważniejsza jest strategia- rozplanowanie wszystkiego, poświęcenie jednego koła dla innego albo odpuszczenie jakiegoś koła zupełnie, żeby można je było poprawić i podnieść sobie średnią potrzebną do zwolnienia z egzaminu… Stąd myślę, że w poniedziałęk przyda mi się pytanie: „Panie docencie, a ile mi zabrakło do 2?”. Następnie – szczęście. Też bardzo istotne… Na koniec – współpraca. Gdyby nie A., od której mam b. dobre wykłady, miałabym problem z nauką na fizyczną 🙂 I oczywiście współpraca z ćwiczeniowcami. Czasem muszę się zwolnić z jednych zajęć, żeby iść napisać koło z innych… U niektórych jest łatwiej, u innych trudniej, ale na razie wszystko łączę.

Mam 6 przedmiotów z farmacji i 6 z biotechnologii. Ale przepaść pomiędzy jednym a drugim kierunkiem jest tak duża, że mam wrażenie, że na farmie robię 10 przedmiotów a na biotechu dwa… Cały mój wysiłek skupia się głównie na farmacji i to ten kierunek dosłownie spędza mi sen z powiek. Biotechnologia to na razie powtórka z anatomii i biofizyki. Najgorsza jest tam matematyka – ale dla niej zarezerwowałam przerwę świąteczną, inaczej nie dam rady. I mamy techniki laboratoryjne. Szkoda, że tak mało. Szpital WCO jest przerażający.

Na początku podeszłam do tego wszystkiego na niesamowitym luzie. Miałam nawet więcej czasu niż w zeszłym roku, studiowało się super ;p Wszystko to wynikało z założenia, że nie jestem w stanie osiągać takich samych wyników jak rok temu. Niestety okazało się, że jednak można. I jak już zda się kilka pierwszych kół wystarczająco dobrze, zaczyna się myśleć o zwolnieniu z egzaminu… i już kolejne koła przestają być obojętne… I tak teraz znowu jestem w kotle, z celem ukierunkowanym na zwolnienie z egzaminu z fizycznej, organicznej, anala, fizjologii… Miejmy nadzieję, że chociaż któreś z nich mi się uda! Byłoby o wiele łatwiej w czerwcu/lipcu <tak to działa właśnie>

Jeśli chodzi o zwolnienia z przedmiotów to największy problem mam z… WFem i BHP!!!!!!!! Absurd totalny. Niestety prawdziwy.  

Koła, koła… Jeśli chodzi o naukowe, to: Biotechnologii Medycznej, Terapii Genowej i w planach Chemii Organicznej, o ile pewien organista na mnie nie naprycha ze śmiechu, jak się zgłoszę.

Kolejny odpoczynek zaplanowany na wieczór 9 grudnia a później 17-18 grudnia 😉 Juhuuu!

h1

Studentką być, drugi już raz…

Lipiec 23, 2010

No, to jestem na biotechnologii ;] Takie to było proste. I pomyśleć, że w zeszłym roku robiło się z rekrutacji tyle szumu. A teraz zawiozłam tylko papiery, wczoraj dzwonili do mnie czy się decyduję. I już. Nie ma żadnych otwieranych szampanów, świątecznych lodów, gratulacji. Tylko spokój. Jak przed burzą.

Bo niestety nie mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie chcę też, żeby ostatecznie wypadły mi wszystkie włosy. Ani żebym pozbyła się resztek żelaza we krwi. Chciałabym jeszcze trochę pospać w życiu, pojeździć konno, pobawić się z przyjaciółmi… Tłumaczę sobie, że to wszystko kwestia nastawienia. Jeśli założę, że nie będzie na to czasu, to rzeczywiście utknę w pracy po uszy. To tylko kwestia nastawienia. I umiejętności radzenia sobie ze stresem.

Może powinnam się zapisać na jakieś techniki relaksacyjne? Usłyszałam ostatnio, że powinnam odpocząć. Bo przygotowuję się do CAE, a jak zaczynam mylić nieregularne formy przeszłe czasowników, to to już nie jest dobrze. Odpuściłabym sobie, bo wiem, że jestem w tej chwili w stanie zdać to na 80-90%, ale jakoś źle by mi z tym było. Przecież ja sobie nie odpuszczam. Nie w kluczowej chwili.

[Ale oczywiście zamierzam odpocząć, niedługo wyjeżdżam na spływ, może mi to jakoś pomoże. I przede wszystkim odpocznę od komputera, czytania, pisania itd…]

Ostatnio chodzi mi po głowie kilka pomysłów. Właściwie cały czas mi coś chodzi po głowie, mniej lub bardziej uporczywie. Przede wszystkim zaczęłam się zastanawiać jaki sens ma czytanie książek naukowych „od deski do deski”. Zaczęłam czytać Genomy Browna i stwierdziłam, że gdybym czytała całość bardzo dokładnie – umarłabym najpewniej z nudów już przy drugim rozdziale. No a po co się męczyć, skoro są wakacje? Skoro można robić to inaczej i z lepszym rezultatem. Zaczęłam wybierać sobie zagadnienia. Np. budowa kompleksu inicjującego transkrypcję. Czytam o tym w jednej ksiażce, potem w innej i co nowego w czasopismach, itd. Zostaje więcej w głowie, a człowiek nie czyta bezmyślnie, byle tylko dokończyć dzisiaj jakiś tam rozdział, który w ogóle nie jest interesujący.

Zaczęłam się też zastanawiać, w jakiej dziedzinie bym się widziała. Co mnie najbardziej interesuje. I właściwie nadal do końca nie wiem, ale już od dość dawna ciągnie mnie coś do procesów zachodzących w mitochondriach. Może to dlatego, że wydają się jakąś zamkniętą całością, którą można by w jakiś możliwy sposób ogarnąć? A przecież druga część mózgu podpowiada mi, że to jest i tak naprawdę niewyobrażalnie skomplikowana struktura i „wgryźć się” w nią będzie bardzo trudno. Otwieram jakąkolwiek książkę o procesach zachodzących w środku i nie ogarniam niemal nic. A jednak ciągnie. Jak na złość.

Kolejna rzecz, to próba napisania czegoś. No tak, to bardzo łatwe, mając bloga.  Ale też i niebezpieczne. Bo tak sobie pisać tu mogę, owszem, o sprawach błahych. Ale ja chciałabym napisać coś w stylu małej pracki przeglądowej na jakiś temat… A to się wiąże już z większą odpowiedzialnością, cytatami, itd. A jednak bym chciała. Na jakiś malutki temacik. Tak, żebym się w tym nie zaryła, a mogła poćwiczyć tą formę prezentacji… No i musiałabym to zrobić zupełnie sama, bez kogoś, kto by mnie upomniał, gdybym robiła jakieś śmiertelne błędy…

Ale to będzie musiało jeszcze poczekać. Spływ na pierwszym miejscu 😉

h1

O jajku, które nie było pisanką.

Kwiecień 2, 2010

Jajko. I żadne tam malowane, wyklejane, czy kraszone woskiem, jak sugerowałaby ostatnie świąteczne wydarzenia. Nawet nie sadzone! A jednak wyjątkowe – jajko na raka.

Pierwsze skojarzenie na dźwięk słowa „GMO” związane jest najczęściej z tajemniczymi oznaczeniami na opakowaniach towarów na sklepowej półce. W ostateczności można pomyśleć o obsianym kukurydzą polu lub prosiaku z dwiema głowami. Rzadko kto wpada na pomysł, że inżynieria genetyczna może być z powodzeniem użyta w medycynie i farmacji. Na szczęście wpadli na to między innymi naukowcy z Roslin Institute w Edynburgu, powołując do życia wyjątkowe kury, mogące składać niezwykle cenne jajka.

Symbol zdrowia i życia.

W obliczu dokonań tego zespołu tradycyjne znaczenie jajka jako symbolu zdrowia i życia, nabiera zupełnie nowego wymiaru. Oprócz zwykłych białek w transgenicznym jajku zgromadzone są stosunkowo duże ilości przeciwciał monoklonalnych miR24, wykorzystywanych w terapii przeciw czerniakowi, oraz ludzki interferon – białko układu odpornościowego walczące z guzami i wirusami atakującymi komórki. Do stworzenia transgenicznych kur wykorzystano, paradoksalnie, również wirusy. Odpowiednio zmodyfikowane, nie stanowiły czynnika chorobotwórczego, były za to idealnymi wektorami do przenoszenia genów warunkujących powstanie ludzkich białek do genomu kurzych zarodków. Sztuką jest, by wprowadzone geny wbudowały się w odpowiednim miejscu – w tym przypadku w okolicy innych genów, kodujących białka jaja. Naukowcom z Roslin Institute ta sztuka się powiodła. Dzięki temu cenne ludzkie białka są wytwarzane jedynie w jajku, skąd łatwo je pozyskać. Do tej pory wyhodowano już dość pokaźne stadko kur z tą modyfikacją, liczące ok. 500 sztuk.

Zwierzę jako fabryka leku?

Powyższy przykład nie jest odosobniony. Modyfikacje wprowadzane do genomów różnych organizmów mają na celu wykorzystanie ich szlaków metabolicznych jako „linii produkcyjnych” dla cennych farmakologicznie białek ludzkich. Pierwszymi organizmami wykorzystanymi w tym celu były, stosunkowo dobrze poznane i łatwe w transformacji, komórki Escherichia coli. To właśnie z ich udziałem powstał pierwszy w Polsce biofarmaceutyk – transgeniczna insulina o nazwie Gensulin, produkowana od 2001 roku przez firmę BIOTON. W podobny sposób można wyprodukować również inne leki, takie jak hormon wzrostu, erytropoetyna czy niektóre antybiotyki. Okazało się jednak, że nie wszystkie białka wyprodukowane przez Procaryota spełniają swoje funkcje. Winą za to należy obarczyć brak niektórych mechanizmów obróbki potranslacyjnej. W związku z tym zaczęto pracować z komórkami eukariotycznymi, np. drożdży, które w sposób naturalny zapewniały poprawną konformację przestrzenną ludzkich białek. Skoro więc w ten stosunkowo prosty sposób można produkować potrzebne białka, po co trudzić się modyfikacją zwierząt wyższych, takich jak kury lub zwierzęta mleczne? Odpowiadają na to pytanie Michał Cichocki i Wanda Baer-Dubowska w książce „Organizmy transgeniczne w farmacji i medycynie. Źródło środków terapeutycznych i model badawczy”. Słusznie sugerują, że transgeniczne zwierzę jest zdecydowanie bardziej samowystarczalne niż hodowla drobnoustrojów. Organizm wyższy sam dba o zachowanie homeostazy i tym samym zapewnia optymalne warunki do syntezy biofarmaceutyków. Innymi słowy – krowa sama zje tyle, ile potrzeba i zadba o wygodne miejsce na pastwisku, przeżuwając w słońcu lub w cieniu. W związku z tym zmniejszają się koszty i wysiłek wkładany w uzyskanie odpowiedniej ilości leku. Co więcej – zdecydowanie łatwiej jest go wyizolować. Modyfikacja wprowadzana jest w taki sposób, by zapewnić ekspresję wyłącznie w narządzie docelowym – gruczole mlecznym czy nerce, dzięki czemu lek może być wydalany wraz z mlekiem lub moczem i w ten sposób pozyskiwany – bez szkody dla zwierzęcia. Wydajność tego typu produkcji, choć wciąż dość niska, ulega ciągłemu wzrostowi. Szacuje się, że zaledwie 15 transgenicznych krów, produkujących ludzki hormon wzrostu, byłoby w stanie pokryć obecne światowe zapotrzebowanie na ten farmaceutyk! W przypadku czynnika VIII krzepnięcia krwi obliczenia są jeszcze bardziej zaskakujące. Odpowiednią ilość leku byłoby w stanie zapewnić 345 szczurów, 217 królików lub…jedna owca! Problemem pozostaje jedynie odpowiednie jego oczyszczenie, tak, by wyeliminować ryzyko przeniesienia na człowieka choroby odzwierzęcej wywoływanej przez wirusy lub priony. W tym celu stosuje się kombinację kilku metod, takich jak filtracje, precypitacje, inaktywacje wirusów i chromatografie.

Jeśli szczepić, to smacznie.

W niektórych przypadkach można wyeliminować jakiekolwiek zagrożenie chorobotwórczymi zanieczyszczeniami, wykorzystując do syntezy biofarmaceutyków…rośliny. Szczególnie ważne jest to w przypadku szczepionek. W tkankach roślin produkowane są jedynie wybrane antygeny mikroorganizmów chorobotwórczych, dlatego nie są one w stanie przyjąć formy inwazyjnej, jak w przypadku tradycyjnie produkowanych preparatów. Takie roślinne szczepionki mają wiele zalet. Przede wszystkim można przyjmować je doustnie! Jest to szczególnie korzystne, ponieważ zapewnia specyficzną odpowiedź śluzówkową, obejmującą wszystkie błony śluzowe organizmu, a prawdopodobieństwo wystąpienia odczynu alergicznego jest małe. Poza niskimi kosztami (10 – 100-krotnie mniejszymi niż przy produkcji tradycyjnych szczepionek), zachęcająca jest ich wydajność. Trudno się z tym nie zgodzić, przyglądając się szacunkom mówiącym, że zaledwie 80ha upraw dostarczyłoby wystarczającej ilości antygenów, by zaszczepić wszystkie dzieci na świecie przeciwko WZW-B. Pierwsze szczepionki roślinne produkowane były w tytoniu, pomidorze, ziemniaku, łubinie, sałacie i… bananowcu. Działały przeciwko HBV, enterotoksynie Escherichia coli czy wściekliźnie. Naukowcy z Paryża, Mediolanu i Florydy idą już jednak o krok dalej, pracując nad pozyskaniem szczepionek przeciwnowotworowych. Pierwszym krokiem jest identyfikacja epitopów, charakterystycznych np. dla czerniaka złośliwego. W obliczu tych odkryć wydaje się, że niedługo młode mamy poza dylematem „szczepić, czy nie szczepić?” będą musiały zastanowić się jeszcze nad wybraniem…odpowiedniego smaku preparatu! Oczywiście zanim to nastąpi każda szczepionka musi przejść drobiazgowe testy. Preparat nie zostanie dopuszczony do użytku, jeśli cząsteczki antygenów nie będą przechodziły w stanie nienaruszonym przez układ pokarmowy. Dodatkowo wskazane jest, by roślina produkowała daną substancję tylko w określonych okresach życia, tak by proces ten nie wyczerpywał jej zbytnio w fazie wzrostu. Dopracowanie szczepionek doustnych zajmie zapewne jeszcze trochę czasu, dlatego luksusu uniknięcia bliskiego spotkania z igłą zapewne jako pierwsze doświadczą zwierzęta hodowlane.

Perły przed wieprze.

Powiedzenie to nie niesie niestety żadnej pozytywnej treści względem wieprzy, które mają symbolizować coś niegodnego i złego. A szkoda. Szczególnie w świetle wydarzeń z ostatnich lat, kiedy to okazało się, że świnia może przysłużyć się wielu ludziom, nie tylko lądując na talerzu w postaci zgrabnego kotlecika. Jej narządy mogą przedłużać życie dzięki ksenotransplantacji, czyli przeszczepom międzygatunkowym. Stąd duży ukłon w stronę wieprzy i zasłużone perły u ich raciczek. Dlaczego jednak świnia, która jest organizmem stosunkowo mocno oddalonym filogenetycznie od człowieka, stanowi centrum zainteresowania naukowców? Można by przecież pobierać narządy od małp, które są z nami o wiele bliżej spokrewnione. W przypadku małp jednak pojawiają się liczne problemy natury zarówno technicznej jak i moralnej. Przede wszystkim mają one mało liczne potomstwo, długo osiągają dojrzałość płciową i ich ciąża trwa również stosunkowo długo.

Pierwsza w polsce transgeniczna świnka. Żródło: Instytut Zootechniki w Krakowie.

 Poza tym tak duża bliskość filogenetyczna stanowi jednocześnie przeszkodę! Większość małpich patogenów z powodzeniem może zarażać człowieka. W przypadku świń sprawy mają się zgoła inaczej – są łatwe w hodowli, wydają na świat dużo potomstwa i łatwo poddają się zabiegom inżynierii genetycznej. Ich narządy mają wielkość oraz parametry anatomiczne i fizjologiczne zbliżone do ludzkich. Zróżnicowanie wielkości poszczególnych ras stwarza możliwość doboru wielkości narządu względem pacjenta. Znaczny dystans filogenetyczny powoduje jednak duże problemy natury immunologicznej. Nad tym, by świńskie narządy nie były odrzucane po przeszczepie pracują genetycy. Obecność na powierzchni komórek antygenu Gal jest główną przyczyną ostrej odpowiedzi immunologicznej ze strony organizmu człowieka. Naukowcy wpadli więc na pomysł, by wyeliminować z świńskich komórek enzym produkujący ten antygen: alfa-1,3-galaktosylotransferazę, która jest kodowana przez pojedynczy gen. Wyłączenie tego genu pozwala na niemal całkowite wyeliminowanie powstawania antygenu Gal na powierzchni komórek. Transformacją świń jako dawców narządów zajmują się nie tylko zagraniczne zespoły badawcze. Możemy pochwalić się własnym, polskim, transgenicznym knurkiem o nazwie TG 1154, który urodził się w Instytucie Zootechniki w Krakowie w 2003 roku. Miał on wbudowany gen, który może znosić immunologiczną barierę międzygatunkową świnia-człowiek. Odpowiedź immunologiczna nie jest jednak jedynym problemem, któremu trzeba stawić czoła. W świńskich narządach występuje np. wykrzepianie się krwi, spowodowane różnicami genetycznymi między dawcą a biorcą i tym samym zachwianiem równowagi układu krzepnięcia. W przyszłości planowane jest wprowadzenie do genomów świni genów ludzkich, odpowiedzialnych za krzepnięcie, by ominąć tę trudność. Poza tym nie jesteśmy w stanie, nawet w przypadku świń, wyeliminować zagrożenia stwarzanego przez zwierzęce patogeny, szczególnie w stanie osłabienia układu odpornościowego pacjenta na czas przeszczepu.

Pozostaje tylko pytanie, czy mamy prawo wykorzystywać zwierzęta w taki sposób? Modyfikować je i ostatecznie zabijać dla pozyskania narządów czy leków? Jeśli można uniknąć pozbawiania zwierzęcia życia – jak w przypadku zwierząt mlecznych produkujących biofarmaceutyki – sprawa staje się zdecydowanie mniej kontrowersyjna. W przypadku świń, hodowanych jako dawcy narządów, chyba nie robi im różnicy czy pozyskuje się z nich mięso czy serce lub wątrobę… Inną kwestią jest, czy wprowadzanie pojedynczych ludzkich genów do genomu świni sprawia, że zaczynają mieć w sobie pierwiastek ludzki?…Każdy powinien zadać sobie te pytania, lecz odpowiedzieć na nie dopiero w obliczu choroby własnej lub kogoś bliskiego.

h1

Trzy światy, czyli… nie charcz, zajączku!

Marzec 13, 2010

Masz przed sobą trzy krajobrazy:

Pierwszy przedstawia sielankową wręcz scenę: szachownica pól, zdrowe lasy, przejrzyste powietrze. W listowiu odzywają się różne gatunki ptaków, a złociste łany zbóż nakrapiane są chabrami i makami…

Drugi to obraz trochę bardziej surowy – pole pozbawione kwiatów, ale powietrze wciąż czyste, tylko gdzieś tam z boku przebiega zajączek, któremu z ucha wyrasta jabłko…

Trzeci to surowe pole, chabrów ani śladu, jeziorko ze śniętymi rybami, w powietrzu dziwny kurz a w wypalonym niezidentyfikowaną substancją krzaku ktoś dziwnie charczy. To zajączek. Ale jego uszom nie mamy nic do zarzucenia.

Niewątpliwie najchętniej umieściłbyś się w pierwszym otoczeniu. Pech chce, że jest to wizja utopijna. Przy obecnej skali  produkcji żywności ten typ przyjaznej naturze, harmonijnej uprawy nie ma szans na realizację. Nie można drugi raz wejść do tej samej rzeki. Ten etap pozostawiliśmy już za sobą.  Wobec tego pozostają dwie możliwości: dalsza chemizacja rolnictwa, jako krajobraz z charczącym zajączkiem, oraz pójście w stronę genetycznej modyfikacji organizmów, reprezentowane przez zajączka z uchem zdobnym w jabłko.  Na pierwszy rzut oka widać, że żadna z tych metod nie pozostaje obojętna dla środowiska naturalnego. Wprowadzenie organizmów transgenicznych do ekosystemów niesie wiele zagrożeń, jednak wydaje się być jedyną drogą ucieczki przed ostatnią wizją chemicznej katastrofy.

„Łapaj, trzymaj!”

Jednym z głównych niebezpieczeństw związanych z wprowadzaniem do uprawy roślin transgenicznych, niepokojącym zarówno przedstawicieli Greenpeace jak i naukowców, jest ciesząca się złą sławą „ucieczka genów”. Oczywiście żaden gen naturalny czy też wprowadzony sztucznie do genomu rośliny, nie jest w stanie przenieść się do organizmu zajączka i doprowadzić do powstania owocu na jego uchu. Jednak ze względu na plastyczność roślinnego materiału genetycznego i możliwość krzyżowania się blisko spokrewnionych gatunków, przekazanie genów roślin transgenicznych ich naturalnym krewnym jest niewykluczone. Problem pojawia się, gdy dzika roślina nabywa wraz z transgenicznym genem odporność na herbicydy i staje się trudnym do wyplenienia „superchwastem”. Dr n. farm. Anna Budzianowska z Katedry i Zakładu Botaniki Farmaceutycznej i Biotechnologii Roślin uważa, że w tej kwestii zagrożenie nie jest tak wielkie, jak kreują to masowe środki przekazu: Powstawanie superchwastów nie zostało potwierdzone. Ważna jest skala tego zjawiska, a na razie nie ma dowodów na to, by był to proces w jakikolwiek sposób znaczący”. Wyniki badań zdają się potwierdzać ten pogląd. Jak doniosło w 2001 roku czasopismo Nature, kilka angielskich grup badawczych oceniało przez 10 lat wpływ organizmów modyfikowanych na swoich zwykłych krewniaków oraz na otaczającą przyrodę. Naturalne i modyfikowane gatunki warzyw i kukurydzy hodowano w bliskim sąsiedztwie w 12 zróżnicowanych klimatycznie miejscach Anglii. Nie dość, że nie zaobserwowano transferu genów, to okazało się, że po 10 latach od zakończenia doświadczenia po transgenicznych roślinach nie pozostał najmniejszy ślad w środowisku. Najczęściej, pozbawione opieki człowieka, ginęły w przeciągu dwóch lat. Jednak inne badania, przeprowadzone w Meksyku na kilku odmianach kukurydzy dowiodły, że gen obcego pochodzenia może zostać przeniesiony na blisko spokrewnione rośliny typu dzikiego. Według naukowców, pojedynczy osobnik kukurydzy jest w stanie zapylić akr uprawy. Biorąc pod uwagę, że na jednym akrowym polu może rosnąć około 25 000 sztuk, z których każda może zapylić tyle samo, potencjał rozprzestrzeniania jest ogromy! Wyniki tych badań byłyby zdecydowanie niepokojące, gdyby okazały się prawdziwe. Jak zauważa dr Budzianowska, są one kontrowersyjne: „Metodologia tych badań pozostawiała wiele do życzenia, ponieważ z pobieranym materiałem należy pracować jak z materiałem zakaźnym, w warunkach sterylnych. Te zasady nie zostały zachowane, stąd alarmujące wyniki”.

Naukowcy nie siedzą jednak z założonymi rękami, czekając na bieg wydarzeń. Opracowane zostały i są stosowane bariery fizyczne, takie jak szklarnie czy też obsadzanie pola uprawnego wysokimi drzewami, co jest szczególnie istotne przy produkcji farmaceutyków. Istnieją również bariery biologiczne, polegające na wywołaniu procesów powodujących sterylność, najczęściej przez produkcję martwych, nieaktywnych pyłków. „Inną metodą jest umieszczanie transgenów w plastydach lub mitochondriach po to, aby pyłek nie był drogą rozprzestrzeniania się transgenu w środowisku” zaznacza dr Budzianowska, dodając również, że naukowcy opracowali już sposób „łapania” genów, które uciekły: „Jeśli rośliny są odporne na dane substancje, to jeśli nie można zlikwidować tej odporności, nie są wpuszczane do komercyjnego obrotu. Każda zmiana musi być procesem odwracalnym.  Czynnikiem zapobiegającym dalszemu namnażaniu roślin w środowisku i tym samym rozprzestrzenianiu obcego genu może być na przykład stres temperaturowy”.

Czysta świnka.

Wynalazek kanadyjskich naukowców jest kolejnym dowodem, że inżynieria genetyczna wcale nie musi być przekleństwem dla środowiska. W normalnych warunkach gospodarskich trzoda chlewna wydala ogromne ilości związków fosforu, które spływają do wód i powodują ich eutrofizację, zabijając życie w zbiornikach wodnych. Aby temu zapobiec, zaopatrzono świnie w enzym wydzielany razem ze śliną, pozwalający na rozkładanie tych niebezpiecznych związków. Dzięki temu odchody świń zawierają do 75% mniej fosforu, a same zwierzęta mogą być żywione soją, uboższą w ten pierwiastek. Niestety problemem jest wysoka cena zwierzęcia. Na dodatek istnieje opinia, że wprowadzenie tego typu modyfikacji jest jedynie doraźnym krokiem w walce z zanieczyszczeniami gospodarczymi. Na chwilę obecną nie istnieje jednak lepsza alternatywa.

Allelopatia, czyli roślinne porachunki

Każdemu, kto miał kontakt z ogródkiem warzywnym żadna to nowina, że cebula i marchew to najlepsi partnerzy, za to cebula i groch zdecydowanie nie lubią swojego towarzystwa. Za preferencje te odpowiada zjawisko allelopatii. Uwalniane do środowiska metabolity wtórne rośliny mogą niekorzystnie wpływać na rozwój sąsiada. Dopiero niedawno okazało się, że rośliny uprawne rozwijają się gorzej w obecności chwastów nie tylko z powodu konkurencji o światło i inne czynniki, ale przede wszystkim przez wydzielane związki chemiczne. Wygląda na to, że wiele chwastów, jak bylica pospolita, perz właściwy czy chaber wykorzystuje tę taktykę, dominując na polach.

Człowiek jednak jest sprytną istotą i nie omieszkał prób podporządkowania sobie również i tej prawidłowości świata. Przez lata, tradycyjnymi metodami selekcji, próbował zwiększyć zdolność do syntezy metabolitów wtórnych u ogórka, ryżu, sorgo i jęczmienia, dzięki czemu rośliny te mogłyby same walczyć z chwastami. Nie udało się jednak osiągnąć odpowiedniego poziomu cechy. Dopiero dokładne zbadanie szlaków metabolicznych i zastosowanie technik inżynierii genetycznej może podnieść skuteczność allelopatii sterowanej i pozwolić na zastosowanie jej jako alternatywnej metody ochrony roślin. A gra jest warta świeczki. Każde zmniejszenie lub ograniczenie użycia herbicydów oddala nas od wizji trzeciego krajobrazu. Jedynym problemem przy zastosowaniu tej metody może być uzyskanie roślin wysokoplennych, ponieważ stosunkowo duża część energii będzie spożytkowana przez roślinę na poczet produkcji allelopatiny.

Bioremediacja i biodegradacja.

Okazuje się, że organizmy modyfikowane genetycznie mogą nie tylko ograniczać szkody wyrządzane środowisku poprzez działalność człowieka, ale także przyczyniać się do ich cofnięcia! W tym przypadku do akcji wkraczają mikroorganizmy modyfikowane genetycznie (GMM) – ale tylko wtedy, gdy ich naturalni kuzyni nie potrafią poradzić sobie z zanieczyszczeniami. GMM zajmują się likwidacją skażenia gruntów ropą naftową i produktami jej przerobu. Nie jest to problem obcy, ponieważ nawet w Polsce istnieją tereny silnie skażone. Są to przede wszystkim grunty byłych baz i poligonów poradzieckich, grunty w pobliżu rafinerii, stacji benzynowych, warsztatów naprawczych czy lotnisk. Związki znajdujące się w ropie naftowej charakteryzują się dużą szkodliwością – są toksyczne i mają działanie kancerogenne.  Każda komórka GMM działa jak mała oczyszczalnia – wykorzystuje swoje szlaki metaboliczne do redukcji zanieczyszczeń lub ich transformacji w formy mniej szkodliwe. Wykorzystywane są przede wszystkim bakterie z wstawionymi genami odpowiedzialnymi za rozkład węglowodorów naftowych (takie jak gen tod, kodujący dioksygenazę toluenu) czy chemotaksji, dzięki której z łatwością kierują się w stronę naftalenu i salicylanu.

Warto również wspomnieć o zdolności roślin do wytwarzania polimerów, które łatwo przekształcić w produkty podobne do polietylenu lub polipropylenu. Związki te różnią się jednak od swoich syntetycznych odpowiedników tym, że ulegają biodegradacji. Pozwala to na ekologiczne i tanie uzyskiwanie materiałów przemysłowych i medycznych.

Próbując ostatecznie zaproponować coś charczącemu zajączkowi z krzaka, można odwołać się do powyższych dowodów, świadczących o tym, że modyfikacja genetyczna nie musi nieść szkody dla środowiska. Lepiej wprowadzić rośliny odporne na herbicydy, grzyby i wirusy, a co za tym idzie, zmniejszyć ilości oprysków, niż brnąć w coraz większą i na pewno nie obojętną dla kondycji zwierząt i ludzi chemizację rolnictwa. Na pewno poszerzenie upraw i zwiększenie skuteczności zabiegów rolnych spowoduje spadek bioróżnorodności ekosystemów, ale będzie się tak działo niezależnie od tego, w jakim kierunku będzie zdążało rolnictwo przyszłości. W każdym razie: trzymaj się, zajączku!

h1

Ence-pence, w której ręce? Czyli o wpływie GMO na nasze zdrowie.

Luty 7, 2010

Ence-pence, w której ręce? Problem w tym, że w żadnej. A jeśli już, to w rękach ludzi młodych, otwartych na nowości i lepiej wykształconych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Pracownię Badań Społecznych, Polacy bardzo niechętnie sięgają po produkty spożywcze wyprodukowane z organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO). Przeciętna polska ręka ma już określone preferencje i wyrobione sklepowe odruchy. Nie ma powodu, by poszukiwać nowych, transgenicznych wrażeń. Szczególnie w świetle tych wszystkich przerażających pogłosek.

Respondentom zadawano pytanie: Czy dokonałbyś zakupu produktu spożywczego wiedząc, że zawiera on składniki zmodyfikowane genetycznie (GMO)? Siedemdziesiąt pięć procent z nich odpowiedziało, że nie. Skąd bierze się taka niechęć? Jak twierdzi psycholog dr n. biol. Jarosław Skommer postawa wobec tematów dotykających naszego zdrowia, jak właśnie spożywania GMO, jest zbudowana z trzech czynników: wiedzy na dany temat, emocji z nim związanych i zachowania wobec problemu. „Czasami jest tak, że nasza postawa składa się wyłącznie z emocji, szczególnie wtedy, gdy brakuje wiedzy na dany temat”. Wydaje się, że to właśnie tu tkwi przynajmniej część problemu. Brakuje rzetelnych publikacji na temat GMO, podających argumenty za i przeciw w taki sposób, by każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie. „Nie wiemy co to jest, a jak nie wiemy, to tego nie dotkniemy, nie spróbujemy, nie kupimy. Tym przejawia się lęk” – dodaje dr Skommer. W pewnym sensie trudno dziwić się tym obawom, skoro popularna wyszukiwarka internetowa po wpisaniu hasła „GMO” wyświetla od razu znane zdjęcie płodu ludzkiego egzystującego wewnątrz pomidora i inne „zmodyfikowane” organizmy. To, że modyfikacja została dokonana Photoshopem jak widać nie ma tu znaczenia.

Skoro strach i niechęć źle czują się w obecności wiedzy, istniała szansa, że zadanie tego samego pytania studentom uniwersytetu medycznego przyniesie zgoła odmienne rezultaty. Okazało się, że rzeczywiście tak jest. Ponad sześćdziesiąt procent osób uczestniczących w sondzie wykazało chęć zakupu produktów zmodyfikowanych genetycznie. „Jeśli wychodzimy z założenia, że żywność transgeniczna jest żywnością zdrową i lęk przed nią jest nieuzasadniony, to można by powiedzieć, że świadomość studentów UMP jest w tym względzie wysoka” – mówi dr Skommer – „To ich pozytywnie wyróżnia w stosunku do populacji”. Rzeczywiście, można by dojść do takich pokrzepiających dla nas wniosków, gdyby nie pewien dodatkowy czynnik, na który zwraca uwagę dr Skommer: „Przepytana została grupa młodych osób, a ludzie młodzi z reguły są bardziej skłonni do podejmowania ryzykownych decyzji, są bardziej otwarci na nowość. Starsze pokolenie, które obejmuje ankieta dotycząca całego społeczeństwa polskiego, ma bardziej ugruntowane postawy wobec żywienia”. Niewątpliwie jednak wynik sondażu dowodzi, że z czasem coraz większy procent społeczeństwa będzie się przekonywał do żywności transgenicznej.

Dr Skommer zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, z którym związana jest niepewność Polaków względem GMO: natłok sprzecznych argumentów i, co za tym idzie, trudność w znalezieniu wiarygodnych źródeł informacji. Stąd w społeczeństwie pojawiają się mity i obiegowe, niesprawdzone opinie. Jedną z nich, zapewne absurdalną dla osób, które posiadają już pewną wiedzę biologiczną, jest pokutująca w społeczeństwie obawa, że  „Nowe geny, zawarte w GMO mogą być toksyczne, lub wbudować się w mój genom”. Nie, nie ma co się śmiać, ponieważ opinia ta paradoksalnie ma swoje źródło w badaniach naukowych. Wiele zamieszania wprowadziła praca Mazza i współpracowników, dowodząca, że krótkie fragmenty DNA transgenicznej kukurydzy odnajdowane były w tkankach prosiąt karmionych tą paszą. Dr n. farm. Anna Budzianowska z Katedry i Zakładu Botaniki Farmaceutycznej i Biotechnologii Roślin, poproszona o ustosunkowanie się do tych wyników, stwierdza:  „DNA i białka pochodzące z organizmów transgenicznych trawimy przecież tak samo jak te pochodzące ze zwykłych roślin. Nie ma możliwości, by obcy DNA wbudował się w nasz genom”. Skąd więc obcy DNA w tkankach prosiąt? Wytłumaczenie jest dość banalne – wszelkie cudzożywne organizmy od milionów lat wykorzystywały pobierany z pokarmem DNA, trawiąc je na mniejsze fragmenty i wykorzystując jako budulec dla własnych struktur. Jednak są to fragmenty bardzo małe, a prawdopodobieństwo, by w pełni funkcjonalny gen wbudował się w ludzki genom jest naprawdę znikome i warunkowane przez długi szereg czynników. Gen rośliny, by stworzyć rzeczywiste niebezpieczeństwo, musiałby przetrwać wszelkie procesy obróbki pokarmu, zostać uwolniony w postaci liniowej, przetrwać działanie wielu enzymów, zarówno nukleaz roślinnych jak i soków trawiennych oraz skutecznie konkurować z innymi fragmentami DNA z pokarmu. Ponadto komórka jelita musiałaby być zdolna do transformacji, a gen musiałby przetrwać działanie jej enzymów restrykcyjnych i trafić akurat na moment, w którym DNA w jądrze ulegałoby rzadkim procesom naprawy lub rekombinacji. Trudna droga, prawda? Na uwagę zasługuje następujący wniosek autorów pracy: „(…)na podstawie uzyskanych wyników uważamy za nieuprawnione stwierdzenie, że nasilony transfer materiału genetycznego z paszy do tkanek zwierząt ma miejsce w przypadku roślin GM”. Dziwnym trafem, przeciwnicy żywności modyfikowanej genetycznie zdają się nie przyjmować tego wniosku do wiadomości. W świetle tych argumentów powyższe wątpliwości możemy ze spokojnym sumieniem odsunąć. Pojawia się jednak inna obawa: „Mikroorganizmy w moim jelicie pobiorą obcy DNA i staną się niebezpieczne”. Jest to problem warty dokładniejszego rozważenia.  W normalnych warunkach panujących w jelicie resztki pokarmowe, włączając w to mikroflorę, nie zawierają nowych genów. Jednakże w momencie, gdy warunki te są odmienne od naturalnych, na przykład przy okazji zabiegu ileostomii, wydalane organizmy, jak wykazały badania, mogą zawierać śladowe ilości transgenicznego DNA. Ponadto istnieją przypuszczenia, że kompetencja komórek bakteryjnych rośnie w kontakcie ze śliną, jednak to, czy potrafią przeżyć transfer z jelita przez żołądek do jamy ustnej nie zostało potwierdzone. Co jednak najważniejsze – nigdy nie udowodniono, że mikroorganizmy w kontakcie z transgenicznym DNA mogą rzeczywiście nabywać jakiekolwiek niebezpieczne właściwości. Owszem, można by stwierdzić, że to jeszcze nie dostateczny dowód, że tak nie dzieje się w ogóle. Jednak na pewno jest to dowód na to, że nawet jeśli ten proces zachodzi, to na bardzo skromną skalę. Stosując tego typu rozumowanie, nie moglibyśmy zaufać niczemu. Moglibyśmy równie dobrze nie mieć dowodu, że Jasiu nie siada nigdy za kierownicą po spożyciu alkoholu. Ale czy to znaczy, że nie powinniśmy wcale wsiadać z nim do samochodu?

  Co jednak z kolejnym argumentem przytaczanym przez przeciwników GMO: „Toksyny bakteryjne zawarte w zmodyfikowanej żywności będą dla mnie trujące”. Po pierwsze powinniśmy zdać sobie sprawę, że każda substancja jest trucizną, w zależności od dawki. Co więcej, to, co dla jednego jest trucizną, innemu organizmowi może nie przynosić żadnej szkody. Czekoladę możemy jeść z upodobaniem nie bojąc się żadnych skutków ubocznych (o ile spożywamy ją w rozsądnych ilościach), czego nie można powiedzieć o psach, na które ma ona wpływ toksyczny (co wcale nie znaczy, że również nie jedzą jej z upodobaniem…). Zawartość toksyn przeciwko omacnicy prosowiance w zmodyfikowanej kukurydzy Bt jest ściśle kontrolowana, a nowe białko musi ulegać całkowitemu rozkładowi w układzie pokarmowym. „Okazało się, że ta naturalna toksyna jest toksyną wybiórczą, szkodliwą jedynie dla tego owada” – mówi dr Budzianowska – „Nie było żadnych zgłoszeń, by komuś zaszkodziła, a przecież transgeniczna kukurydza jest spożywana w USA już od kilkunastu lat”.
Dr Budzianowska podkreśla przy okazji, że problem zwalczania omacnicy prosowianki nie jest już problemem odległym dla polskich rolników, ponieważ szkodnik ten pojawił się ostatnio również w naszym kraju. Niewątpliwie będzie to czynnik sprzyjający poszerzaniu upraw kukurydzy Bt w Polsce, by uniknąć znacznych strat w zbiorach.   

„Spożywając GMO na pewno się rozchoruję!” jest jedną z ważniejszych obaw przeciwników GMO. Wcale nietrudno nawet na własne uszy (!) usłyszeć opinie typu „to mi coś zrobi z mózgiem!”… Zdecydowana większość badań przeprowadzanych na zwierzętach nie wykazuje szkodliwego wpływu diety opartej na żywności GM na ich zdrowie. Dlaczego to nie przemawia? Znów wracamy do problemu Jasia i jego samochodu… „To, że jesteśmy w stanie podać dowody, że ta żywność nie szkodzi, to jeszcze za mało” – mówi dr Skommer –„ludzie będą oporni nawet wobec wiedzy naukowej, ponieważ są nieufni wobec tego rodzaju wiedzy. Szczególnie, jeśli dotyczy to ich zdrowia”. Chcąc być obiektywnym, nie można jednak nie ustosunkować się do tych wyników badań, które wskazują na pewne zmiany fizjologiczne (w funkcjonowaniu hepatocytów, komórek wydzielniczych trzustki czy komórek Sertoliego) i zdolność odchowania potomstwa u zwierząt karmionych GMO. Autorzy tych badań formułują wnioski bardzo ostrożnie, nigdy jednoznacznie nie wskazując na rzeczywiste szkodliwe działanie. Bardzo często wyniki tych badań nie są powtarzalne, lub też zawierają błędy w procedurze wykonywania doświadczenia, co znacząco wpływa na ich wiarygodność.

„GMO wywołują alergię!”. Białek wywołujących alergie jest około 200 spośród setek tysięcy białek, które na co dzień zjadamy. Struktura przestrzenna typowych alergenów jest już bardzo dobrze poznana i żadne białko transgeniczne, mające strukturę podobną do jednego z nich, nie może zostać wykorzystane w roślinach modyfikowanych genetycznie. Dlatego też produkty GM poddawane są bardzo restrykcyjnym testom na alergenność. Docelowa cząsteczka przechodzi szereg badań: zbadanie ogólnego podobieństwa nowego białka w porównaniu ze znanymi alergenami, podobieństwa w sekwencji aminokwasów oraz identyczności serologicznej. Następnie szacowana jest odporność na trawienie i przeprowadzane są badania na zwierzętach. Jak zauważa dr Budzianowska: „Istnieje tyle czynników związanych z uprzemysłowieniem, komunikacją miejską czy chemizacją rolnictwa, że składnik przebadany tak szeroko jak transgeniczne białko nie może być istotnym czynnikiem alergennym”. Jedynym niebezpieczeństwem może być brak informacji. Alergik może nie być świadom, że wraz z pomidorem zjada białko kapusty, na które jest uczulony. Do tej pory są to jednak rozważania czysto teoretyczne.

Jednym z głównych wniosków płynących z wielu prac badawczych prowadzonych na całym świecie jest równoważność odżywcza roślin GM i roślin niemodyfikowanych. Dodatkowo nie ma udowodnionego negatywnego wpływu spożywania tych produktów na organizm człowieka. „Jestem w pełni przekonana, że ta żywność jest lepsza niż wytwarzana za pomocą zintensyfikowanego rolnictwa” – przyznaje dr Budzianowska – „Pojawiały się, co prawda, prace dowodzące szkodliwości roślin GM, lecz były one od razu weryfikowane i zazwyczaj ich wyniki nie były potwierdzone w innych badaniach. Nigdy nie możemy być pewni, że roślina wyprodukuje tylko ten jeden, docelowy metabolit. Jednak to wszystko podlega wcześniej dokładnemu sprawdzeniu”. W tym momencie pojawia się kolejna kwestia: w jakim stopniu potrafimy zaufać naukowcom? Badania biologiczne są wyjątkowo złożone i często niejednoznaczne. Czy potrafimy to zaakceptować w tak ważnej kwestii jak nasze żywienie?

Zdaje się, że nie mamy wyboru. Pozostaje nam albo wysłuchać argumentów naukowców, albo przed sklepową półką zdać się na ślepy los, wymawiając słowa dziecięcych wyliczanek. Ence-pence,…?

Marta Ptaszyk