Archive for the ‘Farmacja’ Category

h1

Luty 24, 2011

Woła mnie łóżko… Po 13 godzinach spędzonych nad prezentacją na koło naukowe Biotechnologii, mam wrażenie, że robi to całkiem donośnie. I ma prawo, w końcu mam ferie. Cały tydzień. Z którego zostały zaledwie trzy dni… Żeby naprawdę odpocząć i móc pozwolić sobie na dogłębne nicnierobienie, musiałabym mieć wolne ze trzy tygodnie! A tak – musiałam odpoczywać intensywnie. Zaraz po piątkowym egzaminie z anatomii jechałam do domu szybko się pakować i… w góry! Tam przez cztery dni pozwoliłam sobie prawie nic nie robić, jeździć na nartach, oglądać House’a, grać w bilard, spać i cierpieć na zakwasy. Wczoraj nastąpił powrót do rzeczywistości.

Mogę stwierdzić, że plan pierwszopółroczowy został wykonany w stu procentach. Miałam dwa egzaminy, fizjologię na farmacji i anatomię na biotechu; obydwa udało mi się zdać na 5. W nowe półrocze wchodzę z pokaźną szansą na zwolnienie z egzaminu z chemii fizycznej i bardzo lichą nadzieją na zwolnienie z organy. Na anala już szans nie ma i bardzo dobrze, mam dosyć tego przedmiotu (choć przyznaję, że całkiem gładko przepisano mnie do innej grupy na drugie półrocze, pomimo wcześniejszych zastrzeżeń co do podwójnej formy studiowania, byłam mile zaskoczona…).

Trochę obawiam się tego drugiego półrocza, bo patrząc na plan – każdy dzień będzie wymagał solidnego przygotowania. A wracając do domu trzy razy w okolicach 18-19 widzę, że będzie to trudne.

Organiczną i anala mam w poniedziałek, kumulacja po prostu jak w totolotku…. Z organy zostało 5 ogromnych kół do zaliczenia na dobre oceny. A na anala trzeba być przygotowanym na każde zajęcia – na odpowiedź, zrobienie protokołu. Wtorek to dzień dla biofizyki – seminaria i jakieś rachunki, zobaczymy co to będzie, może się będzie uzupełniać z chemią fizyczną. Nie mam nic przeciwko liczeniu zadań – w sumie jakaś miła odmiana. W końcu zaliczyłam jakoś matmę w zeszłym półroczu – powinnam mieć jakiś warsztat matematyczny (z naciskiem na „powinnam”). Biofizyka kończy się egzaminem, jak więc możnaby ją zaniedbywać. Środa to maraton od 8 do 20, przez biochemię (mam nadzieję niewymagającą), histologię i biologię komórki (aż strach się bać – przedmiot zdecydowanie w sferze moich zainteresowań biologicznych ❤ ale ciężko będzie przygotować ponad 100 stron podręcznika na każde ćwiczenia i zdawać koła z histo… Chyba nie ma z tym żartów!) … aż po patofizjologię wieczorem, też mam nadzieję, że bardziej będziemy tam słuchać niż się wypowiadać – to jeszcze będę w stanie zrobić ;] Czwartek to dzień prawdy – rano onkologia w WCO, myślę, że bez stresu (jeśli zgodzą się mnie zwalniać dwadzieścia minut wcześniej – czyli po dwóch godzinach zajęć – to już zupełnie bez stresu) za to potem ćwiczenia z chemii fizycznej – zarówno liczenie zadań jak i ćwiczenia praktyczne z protokołem i odpytywaniem – na to już koniecznie muszę być przygotowana, przecież nie stracę szansy na zwolnienie z egzaminu ;] Piątek to farmakoekonomika i tenis w ramach wfu. Zamiast wykładu z biofizyki. Nie można mieć wszystkiego ;p W międzyczasie ćwiczeń jeszcze jakieś tam wykłady oczywiście, na które uda mi się chodzić ;] Zapowiada się kurcze kolejka górska z niezłymi atrakcjami.

Cóż, zanim się wezmę za przygotowania do inauguracyjnego pierwszego tygodnia musiałam sobie oczywiście wrzucić jeszcze coś na głowę. Stwierdziłam, że to jest jedyny moment w którym mogę poświęcić trochę czasu na zrobienie prezentacji na koło naukowe. Tematem jest Medycyna w skali nano, bardzo obszerny temat, bo musiał mi pozostawić dużo swobody (musiałam go podać przed wykonaniem prezentacji, a jak wiadomo, wszystko zawsze wychodzi inaczej niż sobie to wyobrażam). Ogólnie rzecz biorąc – opisuję techniki terapeutyczne opracowane przez naukowców różnych firm, głównie dotytczące walki z rakiem (choć nie tylko), bazujące na wykorzystaniu nanocząsteczek. Najciekawsze techniki postaram się też opisać na blogu, choć nie mam pojęcia kiedy miałabym to zrobić (jeśli uda mi się skończyć tą prezentację jutro <wątpliwe> to zabieram się za pochłanianie 250 stron skryptu z organy na kolokwium z analizy jakościowej, jak największej części „Seminariów z cytofizjologii” Zabla i oczywiście tematu z chemii fizycznej – to taki plan minimum). Adieu, ferie!

Reklamy
h1

Gra strategiczna, czyli jak chwycić dwa kierunki za ogon.

Luty 5, 2011

Artykuł z Pulsu UM, nr 130, styczeń 2011.

Student wybierający dwa kierunki staje na rozstaju dróg. Nie może bezpośrednio iść ani jedną ani drugą z nich – musi utorować sobie nową, własną drogę. Oczywiście – wymaga to o wiele więcej zachodu, ale w rezultacie dochodzi do zupełnie nowego miejsca. Wcale nie znaczy to, że dochodzi dalej niż inni. Czasem też toruje sobie nową drogę bliżej jednej z tych utartych. Im bardziej drogi się rozchodzą, tym trudniej utrzymać dobre tempo i kierunek w gąszczu przeciwności. Ostatnio jednak, nawet na Uczelni Medycznej, taki survival jest coraz bardziej popularny. Nasza naukowa natura nie pozwala nam nie postawić pytania: dlaczego? Jakie są przyczyny, konsekwencje i realia studiowania dwóch kierunków?

Jak wszystko się zaczyna?

Obecnie nie ma nic prostszego niż rozpoczęcie drugiego kierunku. Wystarczy dysponować wystarczającą sumą punktów z matury i przejść z sukcesem przez proces rekrutacji. Drugi kierunek można rozpocząć po ukończeniu co najmniej pierwszego roku na pierwszym kierunku. Po spełnieniu tych wymogów, należy udać się do dziekanatu i złożyć podanie o przyznanie indywidualnej organizacji zajęć w danym roku. Wydana zgoda stanowi upoważnienie do uczęszczania na  zajęcia z różnymi grupami, tak, by było możliwe pogodzenie planów zajęć. Każdą zmianę grupy należy indywidualnie uzgodnić z prowadzącym ćwiczenia. Prostota (choćby teoretyczna) tego przedsięwzięcia, stwarza szeroką drogę dla realizacji ambitnych planów. Skoro nie jest to zadanie łatwe, należałoby sprawdzić czym tak naprawdę kierują się osoby podejmujące ten wysiłek.

Większość dwukierunkowych studentów deklaruje, że przyjęty przez nich tryb nauki pozwoli im na zdobycie lepszych kwalifikacji i zwiększy szansę na zdobycie pracy. Należy jednak przyjąć pewną poprawkę na specyfikę studiów na uczelni medycznej. Można założyć, że właśnie po ukończeniu takich studiów problemy ze znalezieniem pracy są stosunkowo małe w porównaniu z uczelniami o profilu humanistycznym. Czy łączenie dwóch kierunków medycznych jest więc zasadne? Prof. Franciszek Główka z Katedry Farmacji Fizycznej i Farmakokinetyki poddaje w wątpliwość celowość niektórych połączeń: „Jeśli student studiuje medycynę i farmację, który zawód będzie wykonywał? Z tego co się orientuję, dwóch zawodów wykonywać nie może.”. Podobnego zdania jest prof. Teresa Gierlach-Hładoń, Prodziekan do Spraw Studenckich Wydziału Farmaceutycznego, która wskazuje jednak na pewne korzyści płynące z takiego połączenia: „Na pewno studiowanie dwóch kierunków jest poszerzeniem horyzontów, możliwości. Można ukończyć farmację i medycynę – taki lekarz ma lepsze rozeznanie jeżeli chodzi o farmakologię, wie lepiej co z danym lekiem się dzieje. Ale prawnie tych zawodów wykonywać nie można, mimo że wiąże się to z 11 latami studiów, bo studiowanie jednocześnie farmacji i medycyny jest niemożliwe”. Trudno nie zgodzić się z tym, że takie połączenie byłoby korzystne nie tylko dla lekarza z szeroką wiedzą farmaceutyczną lub farmaceuty z wiedzą medyczną, ale przede wszystkim dla chorego. Może jednak sytuację tą można by rozwiązać w sposób prostszy, choć pewnie wcale nie łatwiejszy, organizując wydajną współpracę lekarzy z farmaceutami w jednostkach służby zdrowia. Jeśli lekarz-farmaceuta nie jest absolutnym geniuszem – nigdy nie jest w stanie być wybitnym specjalistą w obydwu dziedzinach.

Względy praktyczne i powodzenie na rynku pracy są kluczowe także dla tych studentów, którzy nie chcą stworzyć hybrydy dwóch zawodów, lecz po prostu przekwalifikować się, gdyż wcześniej zdobyte wykształcenie jest mało atrakcyjne dla pracodawców. W tej sytuacji znalazła się Asia –  studiująca obecnie na drugim roku Farmacji: „Przede wszystkim chcę skończyć studia, po których będę mogła pracować w zawodzie i które do tego zawodu mnie przygotują. Po moim pierwszym kierunku (biologia na UAM) bardzo niewielu absolwentom udaje się znaleźć pracę” – mówi Asia, rozkładając ręce. Nikt nie może jej zarzucić, że nie jest pasjonatką biologii. Nawet do tej pory nie może oprzeć się wyprawom przyrodniczym, jednak rynek pracy nie pozostawił jej wyboru. „Nie studiuję dla samej przyjemności studiowania (choć niewątpliwie są takie – np. zniżka w MPK), ale po to, aby przygotować się do mojej przyszłej pracy zawodowej” – dodaje. Trudno zarzucić studentom takim jak Asia brak powodu dla podjęcia drugiego kierunku studiów. Można jednak zastanawiać się nad celowością podjęcia pierwszego. Jak jednak wybierać między względami praktycznymi a pasją? Trudno też winić osoby kończące szkołę średnią, że nie zawsze trafnie oceniają rynek pracy. W tym wieku bardziej liczy się to, w co się wierzy.

Istnieje też grupa studentów, dla których to nie kwalifikacje, lecz zdobywane umiejętności i wiedza są ważniejsze. Przykładem jest Szymon, który w swojej pracy magisterskiej na biologii na UAM-ie zajmuje się oddziaływaniem leków na błonę komórkową. Rozpoczął więc również farmację. „Stwierdziłem, że dobrze by było poszerzyć swoją wiedzę” – mówi. Zaraz jednak dodaje: „Ponadto, w podjęciu decyzji pomógł mi aspekt finansowy, a dokładniej zdobycie dodatkowego zawodu o dużych perspektywach na rynku pracy”.  

Klaudia, łącząca farmację z ratownictwem medycznym przyznaje, że od dłuższego czasu zastanawiała się nad podjęciem drugiego kierunku. „Bardzo chciałam spróbować czegoś nowego, czegoś innego, bo nie byłam do końca pewna, czy farmacja jest właśnie tym, co chcę studiować. Poza tym już wcześniej interesowałam się ratownictwem i chciałam mieć pewność, że w każdej niespodziewanej sytuacji będę umiała pomóc rannemu. Kolejnym powodem było sprawdzenie własnych możliwości, tego czy dam radę, jak bardzo jestem silna”. Dla niektórych osób może być to zaskakujące, ale wielu studentów dwukierunkowych ocenia swoje przedsięwzięcie właśnie z tej strony, niekiedy nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jedni podejmują nowe wyzwania i dostarczają sobie adrenaliny trenując sporty ekstremalne, inni nakładając na siebie dodatkowe obowiązki związane ze studiami. Jedno i drugie może dawać spełnienie i poprawiać ocenę własnej wartości, ale może też być uzależniające. Klaudia ma jednak całkiem zdrowe podejście do podjętego zadania. „Drugi kierunek to także możliwość poznania nowych, naprawdę niesamowitych ludzi” – dodaje.

Anita, również studentka drugiego roku farmacji, ma jeszcze jedną teorię wyjaśniająca dlaczego studenci podejmują kolejny kierunek studiów:  „W moim odczuciu podwójne studiowanie stało się pewnego rodzaju modą, na zasadzie – moja koleżanka rozpoczęła drugi kierunek, dlaczego i ja mam tego nie zrobić? A ja pytam – dlaczego Państwo ma płacić za tak nieuzasadnione pomysły?”. Anita stawia bardzo dobre pytanie i tym samym porusza niezwykle istotny temat – czy drugi kierunek powinien być płatny?

Studencie, chcesz studiować – płać!

Ostatnie dwa lata to czas ogólnopolskiej dyskusji na temat tego, czy za podjęcie drugiego kierunku studiów student powinien płacić. Wydaje się, że trudno będzie w przyszłości uniknąć tej zmiany, jednak na razie nie można jednoznacznie stwierdzić, że w roku akademickim 2011-2012 odpowiednia nowelizacja Ustawy o Szkolnictwie Wyższym wejdzie w życie. Na stronie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego można znaleźć projekt ustawy wraz z uzasadnieniem, będący w fazie konsultacji eksperckiej. Sam pomysł warto jednak poddać dyskusji. Zdecydowaną opozycję stanowią studenci, którzy planują podjęcie drugiego kierunku i nie mają pewności, czy uda im się uzyskać średnią na tyle wysoką, by zdobyć pozwolenie na bezpłatne studiowanie. Słusznie też uważają, że o tego typu zmianach powinni być informowani kilka lat wcześniej, by móc poczynić odpowiednie plany, opierając się na wiarygodnych informacjach z Ministerstwa. Można jednak spojrzeć na sytuację z trochę innej strony. „Uczciwie rzecz biorąc, drugi kierunek powinien być płatny” – przyznaje prof. Gierlach-Hładoń – „Za tymi studentami nie idą pieniądze, a wiadomo, że nasze ćwiczenia są bardzo kosztowne. Odczynniki, aparatura – to wszystko jest bardzo drogie”. Podobnego zdania jest prof. Główka: „Nie jestem przeciwnikiem studiowania na dwóch kierunkach, jeżeli student będzie za ten drugi kierunek płacił, bo wtedy nie jest to obciążeniem dla kasy państwowej. To społeczeństwo płaci za studia”. Zgodnie z wykładnią Konstytucji, dokonaną przez Trybunał Konstytucyjny, Państwo nie jest zobowiązane do zapewnienia bezpłatnej nauki wszystkim studentom – inaczej nie mogłyby funkcjonować studia zaoczne. Przeciwnicy odpłatności za drugi kierunek studiów twierdzą jednak, że wprowadzenie ustawy zamknie drogę do spełnienia kariery naukowej i zawodowej wielu osobom, co nie jest według nich uczciwe. Argument ten odpiera prof. Główka: „Zostawiamy pewien margines dla osób, które rzeczywiście są uzdolnione i chcą poszerzyć swoją wiedzę. Zakładamy, że ich potencjał jest tak duży, że może to być korzystne. Nie sądzę jednak, że może to dotyczyć większej grupy osób”.  Wprowadzenie limitu studentów, którzy mogą podjąć drugi kierunek bezpłatnie, z uwzględnieniem średniej, częściowo na pewno rozwiązałoby problem. Pozostawiłoby furtkę dla osób, którym naprawdę zależy na podjęciu drugiego kierunku i na własnym rozwoju. Wyeliminowano by też te osoby, które podejmują się dodatkowych studiów bez dogłębnego przemyślenia swojej decyzji. Systematyczna praca przez rok dla uzyskania możliwości bezpłatnego studiowania na drugim kierunku na pewno byłaby doskonałym sprawdzianem determinacji.

Odpowiedzialność studiowania

Na problem odpowiedzialności w podejmowaniu drugiego kierunku studiów zwraca uwagę Anita: „Często zdarza się, że ktoś podejmuje studia na drugim kierunku i rezygnuje z nich po miesiącu, bo stwierdza, że nie daje rady. W ten sposób w procesie rekrutacji zajął miejsce innej osobie, dla której być może był to wymarzony kierunek i w rzeczywistości to miejsce zmarnował. Dlatego uważam, że jeżeli już ktoś podejmuje studia na drugim kierunku, to powinien dokładnie przemyśleć swoją decyzję”. Niestety – miarą tego jak bardzo nam na czymś zależy jest to, ile wysiłku jesteśmy w stanie włożyć w zdobycie tego, lub… ile zapłacić. Znów powracamy do tematu odpłatności za drugi kierunek studiów. Na pewno obowiązek dokonania opłaty wpłynąłby na przemyślenie decyzji przez tych studentów, którzy rekrutują się na nowy kierunek tylko po to, by przez miesiąc pochodzić do prosektorium, lub dla tych, którzy zaczynają studia, żeby „przezimować”. Może warto w tym czasie zdobyć inne potrzebne umiejętności, zamiast zajmować miejsce innym? Można intensywnie uczyć się języków, wyjechać lub pracować. Z drugiej strony każdy ma prawo się pomylić. Wybór kierunku studiów jest jednym z najważniejszych  momentów w życiu. Determinuje przyszły zawód, a skoro tyle czasu spędzamy w pracy, to tym samym również jakość całego życia! Praca z chorymi jest trudna i wymaga specjalnych predyspozycji, dlatego szczególnie na uczelni medycznej trudno dziwić się studentom, którzy decydują się na zmianę kierunku. „Jest wiele osób, które na pierwszym roku np. farmacji poprawia maturę, dostaje się na kierunek lekarski lub lekarsko-dentystyczny i podejmuje te studia obok pierwszego kierunku” – mówi prof. Gierlach-Hładoń – „Jednak te osoby w krótkim czasie przerywają studia, bo nie są w stanie studiować tych dwóch kierunków jednocześnie. Najpierw biorą urlop dziekański, ale okazuje się, że w następnym roku nadal nie są w stanie tego pogodzić. Są też takie osoby, które wracają, ponieważ poszły na inny kierunek i stwierdziły, że praca w szpitalu z chorym nie wygląda to tak, jak sobie to wyobrażały i rezygnują”. Nietrudno więc wnioskować, że podjęcie decyzji o rozpoczęciu jakiegokolwiek kierunku, na wypadek, gdyby nie udało się przejść kolejnej rekrutacji na inny, jest bardzo trudne. Przynajmniej dla tych, którzy nie chcą stracić roku i choć trochę myślą o konsekwencjach swojej decyzji dla innych rekrutujących się studentów.

Dwukierunkowa rzeczywistość

Trudno nie zauważyć, że dla osób podejmujących drugi kierunek studiów nauka staje się dominującą częścią studenckiego życia. Jak radzą sobie ze swoimi obowiązkami? „Jest to niezwykle trudne, ponieważ okres zajęć na naszych studiach trwa praktycznie od rana do wieczora. Zajęć kontrolowanych, na które studenci muszą chodzić, jest bardzo dużo.” – przyznaje prof. Gierlach-Hładoń. Ponadto dodaje, że studenci  często opuszczają wykłady: „W zasadzie wykłady też są obowiązkowe, tylko nie sprawdza się na nich obecności. Jeżeli jednak ktoś chce studiować dogłębnie, to też powinien na nie chodzić, ponieważ za to uzyskuje punkty ECTS, a nie za to, że w tym czasie wykonuje inne zajęcia”. Ponownie, zdanie Pani Profesor podziela prof. Główka: „Jak wykład może być nieobowiązkowy, jeżeli jest to materiał, który student musi zdać? Punty ECTS obejmują, oprócz skali trudności przedmiotu, również wykłady. Studenci powinni w nich uczestniczyć. A student jedno- czy dwukierunkowy ma takie same obowiązki”. Ponadto dodaje: „Z moich doświadczeń wynika, że studenci studiujący dwa kierunki często nie mają czasu na dobre wykonanie obowiązków. Doba ma 24 godziny i trudno to wszystko pogodzić”.

Nie można powyższym wypowiedziom nie przyznać racji, jednak przyglądając się słuchaczom wykładów, często da się zauważyć, że wcale nie jest to regułą. Braki w składzie osobowym roku są  tylko w małej części wywołane nieobecnością studentów dwukierunkowych. Często są to po prostu nieobecności z wyboru, żeby nie nazwać tego lenistwem. Studenci studiujący dwa kierunki nierzadko są bardziej ambitni i dokładają większych starań, by dobrze wypaść na kolokwiach. Trudno zgadnąć, czy jest to też kwestią pewnego rodzaju honoru. Nikt nie chce, by powiedziano mu, że źle wypadł, bo podjął się zadania ponad siły.

Swój sposób na skuteczną naukę opisuje Klaudia: „Przede wszystkim staram się uczyć na bieżąco. Chociaż nie jest to łatwe, kiedy wraca się do domu po 20-tej. Na początku roku ambitnie uczyłam się nocami, ale jak można było przewidzieć, długo tak nie wytrzymałam. Najważniejsze to ustalić sobie priorytety i się ich trzymać”. Na jednym z internetowych blogów studentka naszej uczelni pisze, że studiowanie dwóch kierunków przypomina grę strategiczną. Czasem trzeba odpuścić jedno, żeby zyskać drugie. Zmobilizować się wcześniej, by później nie zabrakło czasu. Bardzo dokładnie przewidywać i planować. Mieć wszystko pod kontrolą i ani na chwilę nie stracić czujności. Szymon również ma swój sposób na przyswajanie wiedzy: „Sporo materiału zwłaszcza na I i II roku farmacji pokrywa się z materiałem realizowanym przeze mnie w ramach studiów biologicznych, co znacząco skraca czas potrzebny na opanowanie materiału. Trzeba stosować jak najmniej „pamięciówki”, a jak najwięcej bazować na posiadanej już wiedzy i tylko ją uzupełniać. I nie przerażać się!”. Prof. Gierlach-Hładoń zauważa jeszcze jeden aspekt studenckiego życia: „Jeżeli studenci podejmujący się drugiego kierunku studiów chcą dobrze wykonać to, czego się podjęli, to chyba nie mają już czasu na życie osobiste”. Pewien problem społeczny zauważa również Szymon: „Poznaję cały rok „meandrując” pomiędzy grupami, ale w żadnej z nich nie mogę „zagrzać” dłużej miejsca”.

Studiowanie dwóch kierunków niezaprzeczalnie stanowi duże obciążenie zarówno psychiczne jak i fizyczne, wywołuje więcej stresu i presji niż studiowanie na jednym kierunku. „Nie wiem nawet, czy udało mi się połączyć plany” – mówi Klaudia – „Na ratownictwie plan zmienia się średnio co 3 tygodnie. Dlatego plany łączę na bieżąco, na tydzień do przodu. A ze zrozumieniem ze strony asystentów też bywa różnie” – dodaje – „Są tacy, którzy nie widzą żadnego problemu w zmienianiu grup czy w tym, że czasami spóźniam się na zajęcia. Ale niestety nie wszyscy. To po prostu trzeba przeżyć, zacisnąć zęby i nie przejmować się”. Studenci dwukierunkowi muszą uważać, by nie osiągnąć wręcz odwrotnego efektu niż zamierzali. W nawale obowiązków trudno jest czytać interesujące publikacje czy uczestniczyć aktywnie w kole naukowym. Czasami trzeba rozpatrzyć , co opłaca się bardziej.

Na pewno trudno jest torować sobie nową, własną drogę przez studia dwukierunkowe. Jednak nie jest to niemożliwe. Niezależnie od tego, z jakiego powodu podejmuje się drugi kierunek studiów, powinna być to decyzja jak najlepiej przemyślana, żeby nie okazało się, że kończy się to tak, jak łapanie przysłowiowych srok za ogon. Nie da się ukryć, że o studentach dwukierunkowych myśli się różnie, a przecież każdy ma prawo być kowalem swojego losu, więc… studiujmy i pozwólmy studiować! J

Marta Ptaszyk i Anita Pogorzelska

h1

Gra strategiczna.

Listopad 28, 2010

Nie wiedziałam, że można spać w tylu różnych miejscach. Na wykładzie, na piwie ze znajomymi, a ostatnio coraz częściej – między przystankami w tramwaju. Oprócz mnie, sypiają tam jeszcze tylko żule.

Przyznaję – jest kocioł. Naprawdę trzeba się mocno spiąć, żeby wszystko ogarnąć, żeby zamknęło się w jakąś całość. Nauczyłam się też iść na pewne kompromisy – np. ten piątek i sobota przeznaczone były na odpoczynek, kosztem niezdanego poniedziałkowego koła z matmy (niezdanie tego koła – na szczęście pierwszego w tym roku – jest wpisane w misterny plan gry). Bo czuję się jak w jakiejś grze… Najważniejsza jest strategia- rozplanowanie wszystkiego, poświęcenie jednego koła dla innego albo odpuszczenie jakiegoś koła zupełnie, żeby można je było poprawić i podnieść sobie średnią potrzebną do zwolnienia z egzaminu… Stąd myślę, że w poniedziałęk przyda mi się pytanie: „Panie docencie, a ile mi zabrakło do 2?”. Następnie – szczęście. Też bardzo istotne… Na koniec – współpraca. Gdyby nie A., od której mam b. dobre wykłady, miałabym problem z nauką na fizyczną 🙂 I oczywiście współpraca z ćwiczeniowcami. Czasem muszę się zwolnić z jednych zajęć, żeby iść napisać koło z innych… U niektórych jest łatwiej, u innych trudniej, ale na razie wszystko łączę.

Mam 6 przedmiotów z farmacji i 6 z biotechnologii. Ale przepaść pomiędzy jednym a drugim kierunkiem jest tak duża, że mam wrażenie, że na farmie robię 10 przedmiotów a na biotechu dwa… Cały mój wysiłek skupia się głównie na farmacji i to ten kierunek dosłownie spędza mi sen z powiek. Biotechnologia to na razie powtórka z anatomii i biofizyki. Najgorsza jest tam matematyka – ale dla niej zarezerwowałam przerwę świąteczną, inaczej nie dam rady. I mamy techniki laboratoryjne. Szkoda, że tak mało. Szpital WCO jest przerażający.

Na początku podeszłam do tego wszystkiego na niesamowitym luzie. Miałam nawet więcej czasu niż w zeszłym roku, studiowało się super ;p Wszystko to wynikało z założenia, że nie jestem w stanie osiągać takich samych wyników jak rok temu. Niestety okazało się, że jednak można. I jak już zda się kilka pierwszych kół wystarczająco dobrze, zaczyna się myśleć o zwolnieniu z egzaminu… i już kolejne koła przestają być obojętne… I tak teraz znowu jestem w kotle, z celem ukierunkowanym na zwolnienie z egzaminu z fizycznej, organicznej, anala, fizjologii… Miejmy nadzieję, że chociaż któreś z nich mi się uda! Byłoby o wiele łatwiej w czerwcu/lipcu <tak to działa właśnie>

Jeśli chodzi o zwolnienia z przedmiotów to największy problem mam z… WFem i BHP!!!!!!!! Absurd totalny. Niestety prawdziwy.  

Koła, koła… Jeśli chodzi o naukowe, to: Biotechnologii Medycznej, Terapii Genowej i w planach Chemii Organicznej, o ile pewien organista na mnie nie naprycha ze śmiechu, jak się zgłoszę.

Kolejny odpoczynek zaplanowany na wieczór 9 grudnia a później 17-18 grudnia 😉 Juhuuu!

h1

Biofizyka – zmora I roku (?)

Wrzesień 5, 2010

W pierwszym półroczu zdecydowanie usunęłabym znak zapytania w tytule, pozostawiając zdanie twierdzące. Jednak po przeżyciu anatomii, biofizyka wydała mi się naprawdę sympatyczna. Tak jak powtarzam dość często – wszystko zależy od prowadzącego. Przy moim pechu trafiam na największych dręczycieli i chyba mam trochę odwrócone pojęcie na temat porównania biofizyki i anatomii. Nawet z człowiekiem, z którym miałam biofiz, nigdy nie było tak tragicznie jak na anatomii. Ale większość osób twierdzi inaczej, wspominając biofizykę zdecydowanie najgorzej.

Po tym jakże pozytywnym wstępie ;p możemy przejść do sedna. Biofizyka odbywa się raz w tygodniu i na każde zajęcia należy przyjść przygotowanym (ekhm.). Zajęcia zaczynają się od „wejściówki”, czyli małej kartkówki lub odpytania przez prowadzącego, co odbywa się w małych grupkach (4-6 osobowych) zgodnie z przydzieleniem do poszczególnych asystentów. Stąd zdarza się, że u jednego asystenta można zaliczyć wejściówkę nie wiedząc totalnie nic, a u innego – wręcz przeciwnie… Nawet jeśli nauczysz się porządnie ze skryptu – okazuje się to za mało (miewaliśmy pytania „z kosmosu”, ale trzeba przyjąć, że to rzadkie zjawisko – na skalę jednego asystenta). Jedno i drugie ma swoje plusy i minusy – słyszałam o parach, które niewiele robiąc zaliczały wszystko, a później zawaliły kolokwium końcowe – bo nagromadziło się zbyt wiele… Teoretycznie wejściówka ma sens, bo żeby wykonać ćwiczenie praktyczne trzeba mieć przecież jakąś wiedzę i ogólnie orientować się o co w danym zagadnieniu chodzi. I dodatkowo zmusza do pewnej systematyczności. Przygotować się należy – jak już wspomniałam – ze skryptu (albo z moich notatek ;p) i w baaaardzo rzadkich przypadkach z Biofizyki Jaroszyka (ogólnie traktowane przez studentów jako nadgorliwość). Zazwyczaj pytają o pojęcia, narysowanie wykresu, napisanie i opisanie wzoru, jakiegoś prawa czy też policzenie zadania (proste Ci one nie były nigdy w naszym przypadku). 

Na każde zajęcia przynosi się protokół, wydrukowany ze strony katedry. Poszczególne pary (bo pracuje się w parach) mają przydzielone indywidualne ćwiczenie, tak, żeby rotacyjnie można było wykonać zadania na wszystkich sprzętach. Grafik – kto kiedy które ćwiczenie wykonuje – również znajduje się na stronie. Czasami trzeba opanować teorię z dwóch ćwiczeń ale zawsze wykonuje się tylko jedno. Po zaliczeniu wejściówki asystent tłumaczy jak wykonać ćwiczenie i obsługiwać sprzęt, sprawdzając też sprytnie czy macie pojęcie o czym mówi. Zazwyczaj w protokole należy wpisać wyniki poszczególnych pomiarów (np. natężenie promieniowania po przejsciu przez różnej grubości płytki itp.), następnie policzyć na tej podstawie różne wartości (według wzorów ze skryptu), dobrze wyprowadzić jednostki i narysować na papierze milimetrowym wykres – o tym, jak to robić, jest napisane w skrypcie) i napisać wnioski. Zazwyczaj nie było takiej możliwości, żeby to wszystko zrobić na jednych zajęciach, więc można było gotowy protokół i wykres oddać na następnych. Za całość – wejściówkę i wykonanie ćwiczenia – prowadzący wystawia ocenę. Trzeba osiągnąć jakąś tam średnią, żeby przystąpić do kolokwium końcowego. Ale nie było jeszcze przypadku, żeby kogoś nie dopuścili. Najwięcej czasu zajmowało nam po wykonaniu wykresu – pisanie wniosków. Żeby napisać tam coś sensownego (a nieczęsto wychodzi) trzeba mniej – więcej orientować się co powinno wyjść w wynikach ćwiczenia. Jeśli okazuje się, że wyszło coś zupełnie bez sensu, w żadnym wypadku nie powinno się fałszować danych! Jeśli to wyjdzie na jaw – można mieć dość duże problemy (podobno grożą wyrzuceniem z uczelni…). Za to należy się zastanowić DLACZEGO coś poszło nie tak i napisać to we wnioskach. Dła przykładu mogę podać próbę zmierzenia hematokrytu przeze mnie i koleżankę. Strasznie nas zdziwiło, że wyniki w przypadku krwi wyszły nam prawie takie same jak dla osocza – tak jakby nie było w niej krwinek. Później jednak zdałyśmy sobie sprawę, że próbki krwi nie wymieszałyśmy, a że krwinki opadły na dno, badając tylko górną warstwę zbierałyśmy znów dane dla osocza ;p Wiem, wiem, ale myśląc o tych wszystkich parametrach, które trzeba ustawić na tym przestarzałym sprzęcie, można zapomnieć o tak bagatelnej sprawie, jaką jest wymieszanie próbki ;p W każdym razie – opisałyśmy nasz błąd we wnioskach – i był to jeden z najwyżej punktowanych naszych protokołów 😉

Kolokwium końcowe jest z teorii przerabianej na ćwiczeniach, plus czasem jakieś zadania związane jednak tylko z dobrym podstawieniem, jednostkami i przeprowadzeniem obliczeń. Chyba byłam tak zestresowana, że zapomniałam już dokładnie jak to wyglądało ;p Przykładowe pytania są w moich materiałach i opracowanie teorii wraz z ilustracjami, gotowe do przelania na zaliczeniowy arkusz xD

Na koniec, cóż – cała prawda o życiu:

h1

Parazytologia, czyli biologia z genetyką.

Lipiec 21, 2010

Tak, ten przedmiot był dla mnie rozczarowaniem. Próżno w nim szukać prawdziwej genetyki… Ale zacznijmy od początku. Przedmiot składa się z ćwiczeń i wykładów. Na ćwiczeniach robi się parazytologię, na wykładach genetykę.

Ćwiczenia są wg mnie bardzo przyjemne, w sali jest jakaś taka… przyjemna atmosfera, jest jasno, prowadzący puszczał nam muzykę ;p Nie wiem, jakoś tak dobrze się tam czułam. Przerabiamy na nich po prostu różne pasożyty, według systematyki. Trzeba mieć skrypt do parazytologii i zeszyt ćwiczeń, który można sobie wydrukować ze strony. Ze skryptu trzeba się uczyć do kolokwiów (są chyba trzy) i można poczytać na ćwiczenia (co doradzam, bo później jest łatwiej) a w zeszycie ćwiczeń rysuje się i czasem coś pisze na zajęciach ;p Taka „kolorowanka”. Na początku zajęć słucha się krótkiego wykładu na temat pasożytów, które będzie się oglądało pod mikroskopem i ogląda prezentację multimedialną. Często jest tak, że rysunki pasożytów pojawiające się na prezentacji trzeba później narysować w ćwiczeniach. Oczywiście powinno się rysować „z pod mikroskopu”, ale z własnego doświadczenia wiem, że pomaga szybkie przerysowanie rysunków z prezentacji gdzieś dla siebie z boku. Zazwyczaj w czasie oglądania preparatów nie można już pomagać sobie prezentacją, a jak wiadomo, pod mikroskopem rzadko coś widać ;p Zdecydowanie lubiłam te zajęcia, a już najbardziej jak coś się ruszało.

Jeśli chodzi o naukę do kolokwiów – jeśli robi się to systematycznie to nie ma problemu. Pytania są dosć skomplikowanie skontruowane, ale jeśli ktoś się „wgryzie”, przeczyta przed ćwiczeniami, po, a przed kolokwium dokładnie przeanalizuje cykle życiowe i zwróci szczególną uwagę na RÓŻNICE między pasożytami, jest w stanie napisać to bardzo dobrze. Opłaca się to o tyle, że trzy kolokwia z parazytów napisane na 5, dobrze zrobiona prezentacja multimedialna i dobry wynik w takiej grze na koniec, pozwala uzyskać… 6 dodatkowych punktów na egzaminie. Szczerze – TO JEST NIC. Bo egzamin był, z tego co pamiętam, na jakieś 50 pkt? Jak na tyle wysiłku, żeby to zdobyć, to trochę się nie opłaca. Zapomniałam dodać, że to jest MAX 6 pkt. Z gorszym wynikiem można dostać w bonusie 4, 2 lub 0. Powodzenia.

Z ćwiczeń nie wyjdzie się, jeśli się ich nie zaliczy. Wygląda to tak, że gdy skończy się robić wszystkie rysunki i ćwiczenia w zeszycie ćwiczeń podchodzi się do prowadzącego i odpowiada na jedno pytanie z przebytych ćwiczeń. Jeśli ktoś przeczytał wcześniej odpowiedni materiał ze skryptu, potem uważał na ćwiczeniach (ewentualnie jedno albo drugie) to nie ma z tym żadnego problemu.

Na koniec są jeszcze dwie rzeczy – wykonanie prezentacji multimedialnej na zadany temat przez wyznaczone zespoły i zagranie w grę, taki quiz o parazytach, na którym można używać marteriałów pomocniczych i pracować w wyznaczonych grupach. To wszystko liczy się do punktacji pozwalającej na uzyskanie tych kilku marnych punktów do egzaminu. I oczywiście wszystkich nazw trzeba nauczyć się po łacinie, ale to jest najmniejszy problem, naprawdę po niedługim czasie używa się ich jak polskich, nawet tego nie zauważając.

O wykłądach nie będę się wypowiadać zbyt szeroko. Wszystkie straszczenia są na stronie katedry. „Streszczenia wykładów” w tym przypadku oznaczają cały tekst znajdujący się na slajdach. Czyli wszystko co trzeba wiedzieć. Trzeba jednak trochę uważać, bo czasem, mimo zapowiedzi, pani dr nie wrzuca jednego wykładu, czyli ostatniego. Po co? Hm, próba wymierzenia sprawiedliwości? Zawartość: jak na mój gust – powtórzenie materiału z liceum, kilka rzeczy dość pobieżnie mogło wykraczać poza liceum. Chodziłam na te wykłady tylko z sentymentu. Jeśli ktoś lubi sporty ekstremalne, np. liczenie ile razy można to samo zdanie powiedzieć w innej formie – zapraszam.

Egzamin jest testowy, pytania w tej samej formie co na parazytologii. To co jest w streszczeniach trzeba na 5 umieć dobrze i trochę myśleć przy odpowiedziach, ale nic poza tym.

Może nie można mieć za złe tej katedrze, że wykłady są takie banalne? Moim zdaniem genetykę można przedstawić wyjątkowo ciekawie, w przeciwieństwie do niektórych przedmiotów, z których, pomimo najszczerszych chęci, szału się nie zrobi. Ale genetyka JEST ciekawa! Może po prostu Katedra Parazytologii nie potrafi tego poczuć?

Zdjęcie tasiemca pobrane ze strony: http://www.macierz.org.pl/artykuly/zdrowie/robaki_jelitowe_lamblia_astma_alergie.html

h1

Jak to na chemii farmaceuci się bawią…

Lipiec 17, 2010

Po dwóch tygodniach wyczerpującego odpoczywania nad morzem i w domu, trzymania pieczy nad psem, czytania wymagających niebywałego nieskupienia książek – poczułam się na siłach, żeby dokończyć moją bajkę o chemii na farmacji 🙂 Następna będzie parazytologia i biofizyka.

Ćwiczenia z chemii odbywają się w pracowni w Collegium Chemicum. Wchodząc do chemicum trzeba wejść po schodach, potem korytarzem na wprost do samego końca, gdzie są kolejne schody. Trzeba je pokonać i po prawej stronie jest Katedra Chemii Nieorganicznej i Analitycznej (http://www.chnia.amp.edu.pl/ – strona internetowa, ale w sumie nic tam nie ma).

Na ćwiczenia przychodzi się w białym fartuchu i z zeszytem, reszta atrybutów typu lateksowe rękawiczki, okulary ochronne, są opcjonalne. Studenci muszą czekać PRZED katedrą, aż ktoś po nich przyjdzie. Po wejściu odczytywana jest lista obecności i rozdawane są kluczyki do szafek. Jest jedna szafka na trzy osoby i tam trzyma się swój sprzet laboratoryjny, jakieś probówki, cylinder, szkiełko, pipetę, lejek, parowniczkę, bagietkę. Każdy dostaje taki zestaw i na koniec roku musi się z tego rozliczyć, czyli oddać rzeczy w takim samym co pierwotnie składzie. Jeśli się coś zbije, trzeba to dokupić. Nie przyjmują pieniędzy.

Każdy stół ma przydzielonego asystenta, lepszego lub gorszego, który nadzoruje pracę. Czasami można się o coś zapytać, ale ogólnie panuje wśród asystentów przekonanie, że powinniśmy już wiedzieć sami, po przygotowywaniu się do kolokwium, co robić. Czasami trzeba więc zgadywać. Na ćwiczeniach wykrywa się kationy i aniony, więc rolą asystenta jest nalanie niewinnemu studentowi jakiejś tajemniczej mieszanki i pozostawienie z nią studenta sam na sam. Na koniec sprawdza protokół i niestety dość często orzeka, że student wykrył nie te kationy, co trzeba ;p Wiecie, cuda się zdarzają, np. stworzenie cynku z kobaltu, co zdarzyło się mojemu znajomemu, no ale zazwyczaj nie ma co na nie liczyć.

Żeby wykryć odpowiednie jony potrzebne są, oprócz sprzętu, trzy rzeczy: skrypt Pawlaczyka, tok analizy i dużo szczęścia. O skrypcie już pisałam, więc teraz toki analizy. Kationy i aniony są podzielone na grupy. W kationach grup jest 5, z czego ostatnia nie ma toku i wykonuje się ją na początku, no ;p Najważniejsza sprawa to rozdzielić odpowiednio kationy, żeby przeprowadzić odpowiednią reakcję charakterystyczną i móc z radością powiedzieć „bingo!”, pobiec do asystenta i dumnie wysłuchać, że jednak tego pan/pani nie ma ;p Ale spokojnie, często reakcja charakterystyczna wychodzi i mówi prawdę.

Tak wygląda tok analizy pierwszej grupy kationów. Przed rozpoczęciem wykrywania któryś z asystentów wam to omówi. Powiem tylko o co chodzi mniej – więcej.

Każda grupa kationów ma tzw. odczynnik grupowy, dzięki któremu można wytrącić kationy z tej grupy z mieszaniny kationów z różnych grup. W przypadku I gr. kationów jest najprościej, bo jest to po prostu HCl. Dodając do takiej mieszaniny tego odczynnika, kationy danej grupy strącają się, a pozostałe są nadal w fazie płynnej. Na samym początku nie trzeba się tym martwić, bo nie dostaje się od razu wszystkich grup tylko ćwiczy każdą z osobna a dopiero później dostaje się pomieszane zestawy. No dobrze, więc mamy osad („Osad1”) i co dalej? Żeby oddzielić od siebie Pb i Ag, Hg trzeba ten osad podgrzać w wodzie. Jak widać tylko osad Pb się rozpuści w tych warunkach, więc odwirowujemy zawartość naszej probówki, zlewamy z wierzchu wodę z kationami Pb i w niej przeprowadzamy reakcję charakterystyczną. Proste, prawda? Osad badamy na obecność Ag i Hg według drugiej gałęzi toku. jak widać, nie jest to nic strasznego. I oczywiście trzeba pamiętać, że dostaje się tylko niektóre kationy i nie każda reakcja musi wyjść. Jeśli coś nie wychodzi to też jest bardzo ważny wniosek. Niestety trzeba przyjąć poprawkę na swoje błędy, a często zdarza się i tak, że mimo najszczerszych chęci, dobrych umiejętności, coś nie wychodzi. wtedy trzeba kombinować z pH, temperaturą, można odparować i zagęścić roztwór – i liczyć na szczęście. Jeszcze gorzej jest, gdy wychodzi coś, czego nie ma! I tu już jest większy problem… ;p ja nie znalazłam sposobu żeby na to jakoś poradzić, po prostu przestałam wierzyć niektórym reakcjom i tyle (np. „czerwony lak”, reakcja obrączkowa… chociaż ta akurat zwykle nie wychodziła nikomu na steżonym kwasie…). Cóż, wszystko jest do przejścia i jeśli reakcje wychodzą, protokoły zalicza się szybko to nie ma problemu, można nawet odczuć rodzaj euforii xD Gorzej, gdy przez trzy zajęcia męczysz się z analizą, a okazuje się, że asystentka nalała kationy złej grupy ;p Też się zdarza. I wtedy można naprawdę czuć się sfrustrowanym. Moja ogólna rada na te ćwiczenia jest taka: pilnować chociaż na oko proporcji, sprawdzać pH, trzymać się toku i trochę myśleć ;p A jak nie wychodzi, kombinować. Powodzenia!

A tak właśnie wygladają zajęcia z chemii:

h1

Chemia – czyli to, co farmaceuta lubi najbardziej (?)

Lipiec 2, 2010

Chemia to jedna z tych rzeczy, dla których młodzi ludzie wskakują na farmację. Ja do nich nie należę. Zawsze wolałam biologię. Ale – uwaga – okazało się, że jest całkiem nieźle i nawet ktoś, kto nie jest przekonany do chemii, może „poczuć to coś” <za zbytnią euforię przepraszam, to jest własnie charakterystyczne dla tego przedmiotu>. 

Najogólniej rzecz ujmując – przedmiot składa się z seminariów ze stechiometrii, ćwiczeń z chemii analitycznej (jakościowej) i wykładów (wykłady na naszej uczelni nie są obowiązkowe).

Seminaria ze stechiometrii odbywają sie na początku roku przed ćwiczeniami z chemii i są raczej miłą i przyjemną powtórką z liceum. Większość osób nie ma z nią żadnego problemu i zdają kolokwium końcowe na piątki. Zdecydownie niestresujące. Owszem, trzeba czasem ruszyć tyłek i rozwiązać coś na tablicy, ale jeśli ktoś chciałby się postresować to tylko tym, że wstyd będzie, jak nie rozwiąże, bo zazwyczaj wszyscy rozwiązują ;p Porażka nie niesie za sobą żadnych sankcji, a ewentualne zgłoszenie się wcześniej pozwala na uniknięcie „wyrwania” do czegoś trudniejszego. Zaliczam zajęcia do kategorii „przyjemne i bezbolesne”.

Wykłady odbywają się w pierwszym półroczy dwa razy w tygodniu. Prowadzi je pani prof. Teresa Gierlach-Hładoń, która, jak jeszcze mi się wydaje (bo nie znam swojej oceny z egzaminu) nikomu nie chce zrobić krzywdy.  Ponadto jest prodziekanem ds. studenckich, więc zdarza się, że coś ciekawego czasem wyjasnia na wykładzie (np. to, że czasem trzeba wziąć urlop dziekański, bo w życiu zdarzają się nieszczęścia – poparła to nawet przykładami – urodzenie dziecka, założenie rodziny…) Wykłady składają się z dwóch części – chemii ogólnej, a później nieorganicznej. Z pokorą przyznaję, że byłam na wszystkich, co do jednego (skubane odbywały się zawsze raaaano!) i z perspektywy czasu widzę, że nie było to koniecze (ok, przyznaję, to eufemizm). Są dość wyczerpujące, bo trzeba bardzo dużo przepisywać ze slajdów (przeźroczy) praktycznie przez 1,5h. Początkowo wychodziłam z założenia, że powinnam chodzić na wykłady, bo wtedy będzie mi łatwiej nauczyć się na egzamin. Ale szczerze – po zapisaniu na tych wykładach więcej niż stukartkowego zeszytu formatu A4, zanim nie otworzyłam go przed egzaminem, w ogóle nie wiedziałam co w nim jest ;p A przy nauce okazało się, że pamiętam jedynie jakieś głupoty. I podejrzewam, że na całym interesie nie wyszłam wcale lepiej niż osoby, które uczyły się ze skserowanych notatek, albo nawet tylko z opracowanych do egzaminu pytań. Zanim przejdę do egzaminu, chciałabym zaznaczyć, że wcale nie zniechęcam do chodzenia na wykłady z chemii xD Bo to mogą być ostatnie, na które w ogóle będzie się miało czas i trochę chęci chodzić, w dalszej karierze na tym kierunku 😉 Co jeszcze, oprócz spraw studenckich można usłyszeć na wykładach –  czasami p. profesor zaznacza co może być na egzaminie, ale nawet to nie jest zbyt potrzebne do szczęscia, bo po pierwsze na ostatnim wykładzie podaje listę zagadnień do egzaminu, po drugie – pytania nie bywają zaskoczeniem xD Innymi słowy – pula pytań z poprzednich lat sprawdza się niemal w 100 procentach. Na trzech pierwszych terminach w tym roku zdarzyło się tylko jedno nowe pytanie (za to dwa razy, jak na złość :|). Puli pytań należy szukać „u starszych roczników”. Ponadto, jeśli ktoś naprawdę nie ma ochoty się przemęczać, „u starszych rczników” można nawet znaleźć wszystkie pytania opracowane i to w wersji elektronicznej (sama jestem autorką jednej z nich, wraz z koleżanką, to chyba nie grzech się tym dzielić…). opanowanie tych pytań (większość to chemia ogólna) plus listy leków związanych ze związkami nieorganicznymi (na mojej liście było trochę ponad 100, ale może są i bardziej skąpe opracowania) zapewnia powodzenie na egzaminie 😉 Z własnego doświadczenia jednak nie polecam nauki później niż trzy dni przed egzaminem, jeśli chce się przyswoić to dość bezboleśnie. U mnie niestety z różnych zależnych i niezależnych ode mnie przyczyn wyszło dość boleśnie, ale mam nadzieję, że rezultat mnie nie zabije…

Cóż, najlepsza i najgorsza za razem część, to ćwiczenia. Trzeba je zaliczyć, żeby przystąpić do egzaminu (ale spokojnie, „pierwszysch terminów” jest zazwyczaj kilka, więc każdy w końcu zaliczy i przystapi). Ćwiczenia odbywają się przez cały rok i trwają 2h15min. Długo? Wcale nie! Przynajmniej gdy coś nie wychodzi, to czas bardzo szybko mija…
Początkowo odbywają się wstępne ćwiczenia, mające na celu zapoznanie delikwentów z podstawowymi czynnościami laboratoryjnymi. Trzeba się teoretycznie do nicz przygotowywać, lista zagadnień będzie poana na bierząco, ale asystenci nie robią problemów i nawet jeśli czasem o coś zapytają, w końcu każdy zalicza te ćwiczenia. Zazwyczaj trzeba coś tam zrobić, np. połączyć dwa roztwory, ucieszyć się, że coś się strąca i napisać jakiś prosty wniosek, albo też napisać reakcje dysocjacji czy jakieś redoksy, za co dostaje się podpis i zalicza dane ćwiczenie. Tutaj można się nauczyć jak posługiwać się pipetą, odparowywać roztory, czym jest łąźnia wodna, jak przesączać itp. Kategoria „bezstresowe” zdecydowanie jest tu na miejscu. Chyba, że ktoś ma taki charakter jak ja i przygotowuje się ze stu źródeł (szybko mi przeszło). Mam gdzieś jeszcze trochę materiałów zebranych do przeczytania przed każdym z tych ćwiczeń. Głównie, zdaje się, posługiwałam się internetem. Listę zagadnień na dane ćwiczenia spisuje się tydzień wcześniej. Te zajęcia wstępne trwają kilka tygodni i w międzyczasie macie się przygotować do pierwszego kolokwium z kationów. Trochę wam powiedzą, na czym polegają toki wykrywania kationów, ale tak naprawdę przygotowanie do kolokwiów polega na tym, że trzeba usiąść na tyłku i otworzyć tajemniczy skrypt Pawlaczyka. Żaden Lipiec-Szmal nie jest tak naprawdę potrzebny, ale jeśli chce się w miarę dobrze wypaść, nie można zacząć uczyć się za późno i trzeba mieć „zmysł” wyłapania ze skryptu tego, co naprawdę jest istotne. Ogólnie jest to dość trudne, biorąc pod uwagę fakt, że nikt, ucząc się całej tej teorii, nie ma jeszcze zielonego pojęcia co jest ważne na pracowni i na co trzeba zwrócić uwagę. Reakcji w skrypcie jest masa i tak jak 90% jest bezużyteczna, trzeba dobrze wiedzieć, które 10%  JEST istotne. W rezultacie nie pozostaje nic innego jak nauczyć się wszystkiego (wtedy jeszcze nie umiałam tego robić), albo nauczyć się ogólnie i wsciekać się, że zapytali mnie o „taki szczegół” jak usuwanie jonów żelaza z roztworu. Bo o co w ogóle się rozchodzi? Po co je właściwie usuwać?… Wszystko wychodzi „w praniu” i tak naprawdę trudno jest przewidzieć co będzie na kolokwium, jeśli trafia się na zespół asystentów widzących niebywałą rozrywkę w układaniu co roku nowych pytań… Ci, którzy tego nie robią, uzyskują nieporównywalnie lepsze wyniki u swoich studentów, co rzutuje na procent osób uzyskujących częściowe zwolnienie z egzaminu. Cóż, life is brutal. Kolokwia z kationów są dwa lub trzy, a w drugim półroczy jest jeszcze kolokwium z anionów. Łącznie z oceną ze stechiometrii, składają się na średnią, która może decydować o zwolnieniu z części pytań na egzaminie. Trzeba mieć średnią 4,5 czyli w praktyce 4,26, które – uwaga – do 4,5 się zaokrąga ;] U mnie decydujące było ostatnie kolokwium z anionó, które musiałam dość dobrze napisać, żeby się na to załapać. Udało się, więc mogłam być zwolniona z pytań z pracowni, zazwyczaj są to pytania o właściwości redukujące i utleniające kationów i anonów (napisać reakcje), kolory i rozpuszczalności osadów z odczynnikami grupowymi poszczególnych jonów… Zaraz, ale czym w ogóle są odczynniki grupowe i toki analizy? O tym w następnym wpisie. Postaram się już tylko opisać same ćwiczenia i jak to wszystko wygląda w praktyce.