Archive for the ‘Genetyka’ Category

h1

Studentką być, drugi już raz…

Lipiec 23, 2010

No, to jestem na biotechnologii ;] Takie to było proste. I pomyśleć, że w zeszłym roku robiło się z rekrutacji tyle szumu. A teraz zawiozłam tylko papiery, wczoraj dzwonili do mnie czy się decyduję. I już. Nie ma żadnych otwieranych szampanów, świątecznych lodów, gratulacji. Tylko spokój. Jak przed burzą.

Bo niestety nie mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie chcę też, żeby ostatecznie wypadły mi wszystkie włosy. Ani żebym pozbyła się resztek żelaza we krwi. Chciałabym jeszcze trochę pospać w życiu, pojeździć konno, pobawić się z przyjaciółmi… Tłumaczę sobie, że to wszystko kwestia nastawienia. Jeśli założę, że nie będzie na to czasu, to rzeczywiście utknę w pracy po uszy. To tylko kwestia nastawienia. I umiejętności radzenia sobie ze stresem.

Może powinnam się zapisać na jakieś techniki relaksacyjne? Usłyszałam ostatnio, że powinnam odpocząć. Bo przygotowuję się do CAE, a jak zaczynam mylić nieregularne formy przeszłe czasowników, to to już nie jest dobrze. Odpuściłabym sobie, bo wiem, że jestem w tej chwili w stanie zdać to na 80-90%, ale jakoś źle by mi z tym było. Przecież ja sobie nie odpuszczam. Nie w kluczowej chwili.

[Ale oczywiście zamierzam odpocząć, niedługo wyjeżdżam na spływ, może mi to jakoś pomoże. I przede wszystkim odpocznę od komputera, czytania, pisania itd…]

Ostatnio chodzi mi po głowie kilka pomysłów. Właściwie cały czas mi coś chodzi po głowie, mniej lub bardziej uporczywie. Przede wszystkim zaczęłam się zastanawiać jaki sens ma czytanie książek naukowych „od deski do deski”. Zaczęłam czytać Genomy Browna i stwierdziłam, że gdybym czytała całość bardzo dokładnie – umarłabym najpewniej z nudów już przy drugim rozdziale. No a po co się męczyć, skoro są wakacje? Skoro można robić to inaczej i z lepszym rezultatem. Zaczęłam wybierać sobie zagadnienia. Np. budowa kompleksu inicjującego transkrypcję. Czytam o tym w jednej ksiażce, potem w innej i co nowego w czasopismach, itd. Zostaje więcej w głowie, a człowiek nie czyta bezmyślnie, byle tylko dokończyć dzisiaj jakiś tam rozdział, który w ogóle nie jest interesujący.

Zaczęłam się też zastanawiać, w jakiej dziedzinie bym się widziała. Co mnie najbardziej interesuje. I właściwie nadal do końca nie wiem, ale już od dość dawna ciągnie mnie coś do procesów zachodzących w mitochondriach. Może to dlatego, że wydają się jakąś zamkniętą całością, którą można by w jakiś możliwy sposób ogarnąć? A przecież druga część mózgu podpowiada mi, że to jest i tak naprawdę niewyobrażalnie skomplikowana struktura i „wgryźć się” w nią będzie bardzo trudno. Otwieram jakąkolwiek książkę o procesach zachodzących w środku i nie ogarniam niemal nic. A jednak ciągnie. Jak na złość.

Kolejna rzecz, to próba napisania czegoś. No tak, to bardzo łatwe, mając bloga.  Ale też i niebezpieczne. Bo tak sobie pisać tu mogę, owszem, o sprawach błahych. Ale ja chciałabym napisać coś w stylu małej pracki przeglądowej na jakiś temat… A to się wiąże już z większą odpowiedzialnością, cytatami, itd. A jednak bym chciała. Na jakiś malutki temacik. Tak, żebym się w tym nie zaryła, a mogła poćwiczyć tą formę prezentacji… No i musiałabym to zrobić zupełnie sama, bez kogoś, kto by mnie upomniał, gdybym robiła jakieś śmiertelne błędy…

Ale to będzie musiało jeszcze poczekać. Spływ na pierwszym miejscu 😉

Reklamy
h1

Parazytologia, czyli biologia z genetyką.

Lipiec 21, 2010

Tak, ten przedmiot był dla mnie rozczarowaniem. Próżno w nim szukać prawdziwej genetyki… Ale zacznijmy od początku. Przedmiot składa się z ćwiczeń i wykładów. Na ćwiczeniach robi się parazytologię, na wykładach genetykę.

Ćwiczenia są wg mnie bardzo przyjemne, w sali jest jakaś taka… przyjemna atmosfera, jest jasno, prowadzący puszczał nam muzykę ;p Nie wiem, jakoś tak dobrze się tam czułam. Przerabiamy na nich po prostu różne pasożyty, według systematyki. Trzeba mieć skrypt do parazytologii i zeszyt ćwiczeń, który można sobie wydrukować ze strony. Ze skryptu trzeba się uczyć do kolokwiów (są chyba trzy) i można poczytać na ćwiczenia (co doradzam, bo później jest łatwiej) a w zeszycie ćwiczeń rysuje się i czasem coś pisze na zajęciach ;p Taka „kolorowanka”. Na początku zajęć słucha się krótkiego wykładu na temat pasożytów, które będzie się oglądało pod mikroskopem i ogląda prezentację multimedialną. Często jest tak, że rysunki pasożytów pojawiające się na prezentacji trzeba później narysować w ćwiczeniach. Oczywiście powinno się rysować „z pod mikroskopu”, ale z własnego doświadczenia wiem, że pomaga szybkie przerysowanie rysunków z prezentacji gdzieś dla siebie z boku. Zazwyczaj w czasie oglądania preparatów nie można już pomagać sobie prezentacją, a jak wiadomo, pod mikroskopem rzadko coś widać ;p Zdecydowanie lubiłam te zajęcia, a już najbardziej jak coś się ruszało.

Jeśli chodzi o naukę do kolokwiów – jeśli robi się to systematycznie to nie ma problemu. Pytania są dosć skomplikowanie skontruowane, ale jeśli ktoś się „wgryzie”, przeczyta przed ćwiczeniami, po, a przed kolokwium dokładnie przeanalizuje cykle życiowe i zwróci szczególną uwagę na RÓŻNICE między pasożytami, jest w stanie napisać to bardzo dobrze. Opłaca się to o tyle, że trzy kolokwia z parazytów napisane na 5, dobrze zrobiona prezentacja multimedialna i dobry wynik w takiej grze na koniec, pozwala uzyskać… 6 dodatkowych punktów na egzaminie. Szczerze – TO JEST NIC. Bo egzamin był, z tego co pamiętam, na jakieś 50 pkt? Jak na tyle wysiłku, żeby to zdobyć, to trochę się nie opłaca. Zapomniałam dodać, że to jest MAX 6 pkt. Z gorszym wynikiem można dostać w bonusie 4, 2 lub 0. Powodzenia.

Z ćwiczeń nie wyjdzie się, jeśli się ich nie zaliczy. Wygląda to tak, że gdy skończy się robić wszystkie rysunki i ćwiczenia w zeszycie ćwiczeń podchodzi się do prowadzącego i odpowiada na jedno pytanie z przebytych ćwiczeń. Jeśli ktoś przeczytał wcześniej odpowiedni materiał ze skryptu, potem uważał na ćwiczeniach (ewentualnie jedno albo drugie) to nie ma z tym żadnego problemu.

Na koniec są jeszcze dwie rzeczy – wykonanie prezentacji multimedialnej na zadany temat przez wyznaczone zespoły i zagranie w grę, taki quiz o parazytach, na którym można używać marteriałów pomocniczych i pracować w wyznaczonych grupach. To wszystko liczy się do punktacji pozwalającej na uzyskanie tych kilku marnych punktów do egzaminu. I oczywiście wszystkich nazw trzeba nauczyć się po łacinie, ale to jest najmniejszy problem, naprawdę po niedługim czasie używa się ich jak polskich, nawet tego nie zauważając.

O wykłądach nie będę się wypowiadać zbyt szeroko. Wszystkie straszczenia są na stronie katedry. „Streszczenia wykładów” w tym przypadku oznaczają cały tekst znajdujący się na slajdach. Czyli wszystko co trzeba wiedzieć. Trzeba jednak trochę uważać, bo czasem, mimo zapowiedzi, pani dr nie wrzuca jednego wykładu, czyli ostatniego. Po co? Hm, próba wymierzenia sprawiedliwości? Zawartość: jak na mój gust – powtórzenie materiału z liceum, kilka rzeczy dość pobieżnie mogło wykraczać poza liceum. Chodziłam na te wykłady tylko z sentymentu. Jeśli ktoś lubi sporty ekstremalne, np. liczenie ile razy można to samo zdanie powiedzieć w innej formie – zapraszam.

Egzamin jest testowy, pytania w tej samej formie co na parazytologii. To co jest w streszczeniach trzeba na 5 umieć dobrze i trochę myśleć przy odpowiedziach, ale nic poza tym.

Może nie można mieć za złe tej katedrze, że wykłady są takie banalne? Moim zdaniem genetykę można przedstawić wyjątkowo ciekawie, w przeciwieństwie do niektórych przedmiotów, z których, pomimo najszczerszych chęci, szału się nie zrobi. Ale genetyka JEST ciekawa! Może po prostu Katedra Parazytologii nie potrafi tego poczuć?

Zdjęcie tasiemca pobrane ze strony: http://www.macierz.org.pl/artykuly/zdrowie/robaki_jelitowe_lamblia_astma_alergie.html

h1

O jajku, które nie było pisanką.

Kwiecień 2, 2010

Jajko. I żadne tam malowane, wyklejane, czy kraszone woskiem, jak sugerowałaby ostatnie świąteczne wydarzenia. Nawet nie sadzone! A jednak wyjątkowe – jajko na raka.

Pierwsze skojarzenie na dźwięk słowa „GMO” związane jest najczęściej z tajemniczymi oznaczeniami na opakowaniach towarów na sklepowej półce. W ostateczności można pomyśleć o obsianym kukurydzą polu lub prosiaku z dwiema głowami. Rzadko kto wpada na pomysł, że inżynieria genetyczna może być z powodzeniem użyta w medycynie i farmacji. Na szczęście wpadli na to między innymi naukowcy z Roslin Institute w Edynburgu, powołując do życia wyjątkowe kury, mogące składać niezwykle cenne jajka.

Symbol zdrowia i życia.

W obliczu dokonań tego zespołu tradycyjne znaczenie jajka jako symbolu zdrowia i życia, nabiera zupełnie nowego wymiaru. Oprócz zwykłych białek w transgenicznym jajku zgromadzone są stosunkowo duże ilości przeciwciał monoklonalnych miR24, wykorzystywanych w terapii przeciw czerniakowi, oraz ludzki interferon – białko układu odpornościowego walczące z guzami i wirusami atakującymi komórki. Do stworzenia transgenicznych kur wykorzystano, paradoksalnie, również wirusy. Odpowiednio zmodyfikowane, nie stanowiły czynnika chorobotwórczego, były za to idealnymi wektorami do przenoszenia genów warunkujących powstanie ludzkich białek do genomu kurzych zarodków. Sztuką jest, by wprowadzone geny wbudowały się w odpowiednim miejscu – w tym przypadku w okolicy innych genów, kodujących białka jaja. Naukowcom z Roslin Institute ta sztuka się powiodła. Dzięki temu cenne ludzkie białka są wytwarzane jedynie w jajku, skąd łatwo je pozyskać. Do tej pory wyhodowano już dość pokaźne stadko kur z tą modyfikacją, liczące ok. 500 sztuk.

Zwierzę jako fabryka leku?

Powyższy przykład nie jest odosobniony. Modyfikacje wprowadzane do genomów różnych organizmów mają na celu wykorzystanie ich szlaków metabolicznych jako „linii produkcyjnych” dla cennych farmakologicznie białek ludzkich. Pierwszymi organizmami wykorzystanymi w tym celu były, stosunkowo dobrze poznane i łatwe w transformacji, komórki Escherichia coli. To właśnie z ich udziałem powstał pierwszy w Polsce biofarmaceutyk – transgeniczna insulina o nazwie Gensulin, produkowana od 2001 roku przez firmę BIOTON. W podobny sposób można wyprodukować również inne leki, takie jak hormon wzrostu, erytropoetyna czy niektóre antybiotyki. Okazało się jednak, że nie wszystkie białka wyprodukowane przez Procaryota spełniają swoje funkcje. Winą za to należy obarczyć brak niektórych mechanizmów obróbki potranslacyjnej. W związku z tym zaczęto pracować z komórkami eukariotycznymi, np. drożdży, które w sposób naturalny zapewniały poprawną konformację przestrzenną ludzkich białek. Skoro więc w ten stosunkowo prosty sposób można produkować potrzebne białka, po co trudzić się modyfikacją zwierząt wyższych, takich jak kury lub zwierzęta mleczne? Odpowiadają na to pytanie Michał Cichocki i Wanda Baer-Dubowska w książce „Organizmy transgeniczne w farmacji i medycynie. Źródło środków terapeutycznych i model badawczy”. Słusznie sugerują, że transgeniczne zwierzę jest zdecydowanie bardziej samowystarczalne niż hodowla drobnoustrojów. Organizm wyższy sam dba o zachowanie homeostazy i tym samym zapewnia optymalne warunki do syntezy biofarmaceutyków. Innymi słowy – krowa sama zje tyle, ile potrzeba i zadba o wygodne miejsce na pastwisku, przeżuwając w słońcu lub w cieniu. W związku z tym zmniejszają się koszty i wysiłek wkładany w uzyskanie odpowiedniej ilości leku. Co więcej – zdecydowanie łatwiej jest go wyizolować. Modyfikacja wprowadzana jest w taki sposób, by zapewnić ekspresję wyłącznie w narządzie docelowym – gruczole mlecznym czy nerce, dzięki czemu lek może być wydalany wraz z mlekiem lub moczem i w ten sposób pozyskiwany – bez szkody dla zwierzęcia. Wydajność tego typu produkcji, choć wciąż dość niska, ulega ciągłemu wzrostowi. Szacuje się, że zaledwie 15 transgenicznych krów, produkujących ludzki hormon wzrostu, byłoby w stanie pokryć obecne światowe zapotrzebowanie na ten farmaceutyk! W przypadku czynnika VIII krzepnięcia krwi obliczenia są jeszcze bardziej zaskakujące. Odpowiednią ilość leku byłoby w stanie zapewnić 345 szczurów, 217 królików lub…jedna owca! Problemem pozostaje jedynie odpowiednie jego oczyszczenie, tak, by wyeliminować ryzyko przeniesienia na człowieka choroby odzwierzęcej wywoływanej przez wirusy lub priony. W tym celu stosuje się kombinację kilku metod, takich jak filtracje, precypitacje, inaktywacje wirusów i chromatografie.

Jeśli szczepić, to smacznie.

W niektórych przypadkach można wyeliminować jakiekolwiek zagrożenie chorobotwórczymi zanieczyszczeniami, wykorzystując do syntezy biofarmaceutyków…rośliny. Szczególnie ważne jest to w przypadku szczepionek. W tkankach roślin produkowane są jedynie wybrane antygeny mikroorganizmów chorobotwórczych, dlatego nie są one w stanie przyjąć formy inwazyjnej, jak w przypadku tradycyjnie produkowanych preparatów. Takie roślinne szczepionki mają wiele zalet. Przede wszystkim można przyjmować je doustnie! Jest to szczególnie korzystne, ponieważ zapewnia specyficzną odpowiedź śluzówkową, obejmującą wszystkie błony śluzowe organizmu, a prawdopodobieństwo wystąpienia odczynu alergicznego jest małe. Poza niskimi kosztami (10 – 100-krotnie mniejszymi niż przy produkcji tradycyjnych szczepionek), zachęcająca jest ich wydajność. Trudno się z tym nie zgodzić, przyglądając się szacunkom mówiącym, że zaledwie 80ha upraw dostarczyłoby wystarczającej ilości antygenów, by zaszczepić wszystkie dzieci na świecie przeciwko WZW-B. Pierwsze szczepionki roślinne produkowane były w tytoniu, pomidorze, ziemniaku, łubinie, sałacie i… bananowcu. Działały przeciwko HBV, enterotoksynie Escherichia coli czy wściekliźnie. Naukowcy z Paryża, Mediolanu i Florydy idą już jednak o krok dalej, pracując nad pozyskaniem szczepionek przeciwnowotworowych. Pierwszym krokiem jest identyfikacja epitopów, charakterystycznych np. dla czerniaka złośliwego. W obliczu tych odkryć wydaje się, że niedługo młode mamy poza dylematem „szczepić, czy nie szczepić?” będą musiały zastanowić się jeszcze nad wybraniem…odpowiedniego smaku preparatu! Oczywiście zanim to nastąpi każda szczepionka musi przejść drobiazgowe testy. Preparat nie zostanie dopuszczony do użytku, jeśli cząsteczki antygenów nie będą przechodziły w stanie nienaruszonym przez układ pokarmowy. Dodatkowo wskazane jest, by roślina produkowała daną substancję tylko w określonych okresach życia, tak by proces ten nie wyczerpywał jej zbytnio w fazie wzrostu. Dopracowanie szczepionek doustnych zajmie zapewne jeszcze trochę czasu, dlatego luksusu uniknięcia bliskiego spotkania z igłą zapewne jako pierwsze doświadczą zwierzęta hodowlane.

Perły przed wieprze.

Powiedzenie to nie niesie niestety żadnej pozytywnej treści względem wieprzy, które mają symbolizować coś niegodnego i złego. A szkoda. Szczególnie w świetle wydarzeń z ostatnich lat, kiedy to okazało się, że świnia może przysłużyć się wielu ludziom, nie tylko lądując na talerzu w postaci zgrabnego kotlecika. Jej narządy mogą przedłużać życie dzięki ksenotransplantacji, czyli przeszczepom międzygatunkowym. Stąd duży ukłon w stronę wieprzy i zasłużone perły u ich raciczek. Dlaczego jednak świnia, która jest organizmem stosunkowo mocno oddalonym filogenetycznie od człowieka, stanowi centrum zainteresowania naukowców? Można by przecież pobierać narządy od małp, które są z nami o wiele bliżej spokrewnione. W przypadku małp jednak pojawiają się liczne problemy natury zarówno technicznej jak i moralnej. Przede wszystkim mają one mało liczne potomstwo, długo osiągają dojrzałość płciową i ich ciąża trwa również stosunkowo długo.

Pierwsza w polsce transgeniczna świnka. Żródło: Instytut Zootechniki w Krakowie.

 Poza tym tak duża bliskość filogenetyczna stanowi jednocześnie przeszkodę! Większość małpich patogenów z powodzeniem może zarażać człowieka. W przypadku świń sprawy mają się zgoła inaczej – są łatwe w hodowli, wydają na świat dużo potomstwa i łatwo poddają się zabiegom inżynierii genetycznej. Ich narządy mają wielkość oraz parametry anatomiczne i fizjologiczne zbliżone do ludzkich. Zróżnicowanie wielkości poszczególnych ras stwarza możliwość doboru wielkości narządu względem pacjenta. Znaczny dystans filogenetyczny powoduje jednak duże problemy natury immunologicznej. Nad tym, by świńskie narządy nie były odrzucane po przeszczepie pracują genetycy. Obecność na powierzchni komórek antygenu Gal jest główną przyczyną ostrej odpowiedzi immunologicznej ze strony organizmu człowieka. Naukowcy wpadli więc na pomysł, by wyeliminować z świńskich komórek enzym produkujący ten antygen: alfa-1,3-galaktosylotransferazę, która jest kodowana przez pojedynczy gen. Wyłączenie tego genu pozwala na niemal całkowite wyeliminowanie powstawania antygenu Gal na powierzchni komórek. Transformacją świń jako dawców narządów zajmują się nie tylko zagraniczne zespoły badawcze. Możemy pochwalić się własnym, polskim, transgenicznym knurkiem o nazwie TG 1154, który urodził się w Instytucie Zootechniki w Krakowie w 2003 roku. Miał on wbudowany gen, który może znosić immunologiczną barierę międzygatunkową świnia-człowiek. Odpowiedź immunologiczna nie jest jednak jedynym problemem, któremu trzeba stawić czoła. W świńskich narządach występuje np. wykrzepianie się krwi, spowodowane różnicami genetycznymi między dawcą a biorcą i tym samym zachwianiem równowagi układu krzepnięcia. W przyszłości planowane jest wprowadzenie do genomów świni genów ludzkich, odpowiedzialnych za krzepnięcie, by ominąć tę trudność. Poza tym nie jesteśmy w stanie, nawet w przypadku świń, wyeliminować zagrożenia stwarzanego przez zwierzęce patogeny, szczególnie w stanie osłabienia układu odpornościowego pacjenta na czas przeszczepu.

Pozostaje tylko pytanie, czy mamy prawo wykorzystywać zwierzęta w taki sposób? Modyfikować je i ostatecznie zabijać dla pozyskania narządów czy leków? Jeśli można uniknąć pozbawiania zwierzęcia życia – jak w przypadku zwierząt mlecznych produkujących biofarmaceutyki – sprawa staje się zdecydowanie mniej kontrowersyjna. W przypadku świń, hodowanych jako dawcy narządów, chyba nie robi im różnicy czy pozyskuje się z nich mięso czy serce lub wątrobę… Inną kwestią jest, czy wprowadzanie pojedynczych ludzkich genów do genomu świni sprawia, że zaczynają mieć w sobie pierwiastek ludzki?…Każdy powinien zadać sobie te pytania, lecz odpowiedzieć na nie dopiero w obliczu choroby własnej lub kogoś bliskiego.

h1

Trzy światy, czyli… nie charcz, zajączku!

Marzec 13, 2010

Masz przed sobą trzy krajobrazy:

Pierwszy przedstawia sielankową wręcz scenę: szachownica pól, zdrowe lasy, przejrzyste powietrze. W listowiu odzywają się różne gatunki ptaków, a złociste łany zbóż nakrapiane są chabrami i makami…

Drugi to obraz trochę bardziej surowy – pole pozbawione kwiatów, ale powietrze wciąż czyste, tylko gdzieś tam z boku przebiega zajączek, któremu z ucha wyrasta jabłko…

Trzeci to surowe pole, chabrów ani śladu, jeziorko ze śniętymi rybami, w powietrzu dziwny kurz a w wypalonym niezidentyfikowaną substancją krzaku ktoś dziwnie charczy. To zajączek. Ale jego uszom nie mamy nic do zarzucenia.

Niewątpliwie najchętniej umieściłbyś się w pierwszym otoczeniu. Pech chce, że jest to wizja utopijna. Przy obecnej skali  produkcji żywności ten typ przyjaznej naturze, harmonijnej uprawy nie ma szans na realizację. Nie można drugi raz wejść do tej samej rzeki. Ten etap pozostawiliśmy już za sobą.  Wobec tego pozostają dwie możliwości: dalsza chemizacja rolnictwa, jako krajobraz z charczącym zajączkiem, oraz pójście w stronę genetycznej modyfikacji organizmów, reprezentowane przez zajączka z uchem zdobnym w jabłko.  Na pierwszy rzut oka widać, że żadna z tych metod nie pozostaje obojętna dla środowiska naturalnego. Wprowadzenie organizmów transgenicznych do ekosystemów niesie wiele zagrożeń, jednak wydaje się być jedyną drogą ucieczki przed ostatnią wizją chemicznej katastrofy.

„Łapaj, trzymaj!”

Jednym z głównych niebezpieczeństw związanych z wprowadzaniem do uprawy roślin transgenicznych, niepokojącym zarówno przedstawicieli Greenpeace jak i naukowców, jest ciesząca się złą sławą „ucieczka genów”. Oczywiście żaden gen naturalny czy też wprowadzony sztucznie do genomu rośliny, nie jest w stanie przenieść się do organizmu zajączka i doprowadzić do powstania owocu na jego uchu. Jednak ze względu na plastyczność roślinnego materiału genetycznego i możliwość krzyżowania się blisko spokrewnionych gatunków, przekazanie genów roślin transgenicznych ich naturalnym krewnym jest niewykluczone. Problem pojawia się, gdy dzika roślina nabywa wraz z transgenicznym genem odporność na herbicydy i staje się trudnym do wyplenienia „superchwastem”. Dr n. farm. Anna Budzianowska z Katedry i Zakładu Botaniki Farmaceutycznej i Biotechnologii Roślin uważa, że w tej kwestii zagrożenie nie jest tak wielkie, jak kreują to masowe środki przekazu: Powstawanie superchwastów nie zostało potwierdzone. Ważna jest skala tego zjawiska, a na razie nie ma dowodów na to, by był to proces w jakikolwiek sposób znaczący”. Wyniki badań zdają się potwierdzać ten pogląd. Jak doniosło w 2001 roku czasopismo Nature, kilka angielskich grup badawczych oceniało przez 10 lat wpływ organizmów modyfikowanych na swoich zwykłych krewniaków oraz na otaczającą przyrodę. Naturalne i modyfikowane gatunki warzyw i kukurydzy hodowano w bliskim sąsiedztwie w 12 zróżnicowanych klimatycznie miejscach Anglii. Nie dość, że nie zaobserwowano transferu genów, to okazało się, że po 10 latach od zakończenia doświadczenia po transgenicznych roślinach nie pozostał najmniejszy ślad w środowisku. Najczęściej, pozbawione opieki człowieka, ginęły w przeciągu dwóch lat. Jednak inne badania, przeprowadzone w Meksyku na kilku odmianach kukurydzy dowiodły, że gen obcego pochodzenia może zostać przeniesiony na blisko spokrewnione rośliny typu dzikiego. Według naukowców, pojedynczy osobnik kukurydzy jest w stanie zapylić akr uprawy. Biorąc pod uwagę, że na jednym akrowym polu może rosnąć około 25 000 sztuk, z których każda może zapylić tyle samo, potencjał rozprzestrzeniania jest ogromy! Wyniki tych badań byłyby zdecydowanie niepokojące, gdyby okazały się prawdziwe. Jak zauważa dr Budzianowska, są one kontrowersyjne: „Metodologia tych badań pozostawiała wiele do życzenia, ponieważ z pobieranym materiałem należy pracować jak z materiałem zakaźnym, w warunkach sterylnych. Te zasady nie zostały zachowane, stąd alarmujące wyniki”.

Naukowcy nie siedzą jednak z założonymi rękami, czekając na bieg wydarzeń. Opracowane zostały i są stosowane bariery fizyczne, takie jak szklarnie czy też obsadzanie pola uprawnego wysokimi drzewami, co jest szczególnie istotne przy produkcji farmaceutyków. Istnieją również bariery biologiczne, polegające na wywołaniu procesów powodujących sterylność, najczęściej przez produkcję martwych, nieaktywnych pyłków. „Inną metodą jest umieszczanie transgenów w plastydach lub mitochondriach po to, aby pyłek nie był drogą rozprzestrzeniania się transgenu w środowisku” zaznacza dr Budzianowska, dodając również, że naukowcy opracowali już sposób „łapania” genów, które uciekły: „Jeśli rośliny są odporne na dane substancje, to jeśli nie można zlikwidować tej odporności, nie są wpuszczane do komercyjnego obrotu. Każda zmiana musi być procesem odwracalnym.  Czynnikiem zapobiegającym dalszemu namnażaniu roślin w środowisku i tym samym rozprzestrzenianiu obcego genu może być na przykład stres temperaturowy”.

Czysta świnka.

Wynalazek kanadyjskich naukowców jest kolejnym dowodem, że inżynieria genetyczna wcale nie musi być przekleństwem dla środowiska. W normalnych warunkach gospodarskich trzoda chlewna wydala ogromne ilości związków fosforu, które spływają do wód i powodują ich eutrofizację, zabijając życie w zbiornikach wodnych. Aby temu zapobiec, zaopatrzono świnie w enzym wydzielany razem ze śliną, pozwalający na rozkładanie tych niebezpiecznych związków. Dzięki temu odchody świń zawierają do 75% mniej fosforu, a same zwierzęta mogą być żywione soją, uboższą w ten pierwiastek. Niestety problemem jest wysoka cena zwierzęcia. Na dodatek istnieje opinia, że wprowadzenie tego typu modyfikacji jest jedynie doraźnym krokiem w walce z zanieczyszczeniami gospodarczymi. Na chwilę obecną nie istnieje jednak lepsza alternatywa.

Allelopatia, czyli roślinne porachunki

Każdemu, kto miał kontakt z ogródkiem warzywnym żadna to nowina, że cebula i marchew to najlepsi partnerzy, za to cebula i groch zdecydowanie nie lubią swojego towarzystwa. Za preferencje te odpowiada zjawisko allelopatii. Uwalniane do środowiska metabolity wtórne rośliny mogą niekorzystnie wpływać na rozwój sąsiada. Dopiero niedawno okazało się, że rośliny uprawne rozwijają się gorzej w obecności chwastów nie tylko z powodu konkurencji o światło i inne czynniki, ale przede wszystkim przez wydzielane związki chemiczne. Wygląda na to, że wiele chwastów, jak bylica pospolita, perz właściwy czy chaber wykorzystuje tę taktykę, dominując na polach.

Człowiek jednak jest sprytną istotą i nie omieszkał prób podporządkowania sobie również i tej prawidłowości świata. Przez lata, tradycyjnymi metodami selekcji, próbował zwiększyć zdolność do syntezy metabolitów wtórnych u ogórka, ryżu, sorgo i jęczmienia, dzięki czemu rośliny te mogłyby same walczyć z chwastami. Nie udało się jednak osiągnąć odpowiedniego poziomu cechy. Dopiero dokładne zbadanie szlaków metabolicznych i zastosowanie technik inżynierii genetycznej może podnieść skuteczność allelopatii sterowanej i pozwolić na zastosowanie jej jako alternatywnej metody ochrony roślin. A gra jest warta świeczki. Każde zmniejszenie lub ograniczenie użycia herbicydów oddala nas od wizji trzeciego krajobrazu. Jedynym problemem przy zastosowaniu tej metody może być uzyskanie roślin wysokoplennych, ponieważ stosunkowo duża część energii będzie spożytkowana przez roślinę na poczet produkcji allelopatiny.

Bioremediacja i biodegradacja.

Okazuje się, że organizmy modyfikowane genetycznie mogą nie tylko ograniczać szkody wyrządzane środowisku poprzez działalność człowieka, ale także przyczyniać się do ich cofnięcia! W tym przypadku do akcji wkraczają mikroorganizmy modyfikowane genetycznie (GMM) – ale tylko wtedy, gdy ich naturalni kuzyni nie potrafią poradzić sobie z zanieczyszczeniami. GMM zajmują się likwidacją skażenia gruntów ropą naftową i produktami jej przerobu. Nie jest to problem obcy, ponieważ nawet w Polsce istnieją tereny silnie skażone. Są to przede wszystkim grunty byłych baz i poligonów poradzieckich, grunty w pobliżu rafinerii, stacji benzynowych, warsztatów naprawczych czy lotnisk. Związki znajdujące się w ropie naftowej charakteryzują się dużą szkodliwością – są toksyczne i mają działanie kancerogenne.  Każda komórka GMM działa jak mała oczyszczalnia – wykorzystuje swoje szlaki metaboliczne do redukcji zanieczyszczeń lub ich transformacji w formy mniej szkodliwe. Wykorzystywane są przede wszystkim bakterie z wstawionymi genami odpowiedzialnymi za rozkład węglowodorów naftowych (takie jak gen tod, kodujący dioksygenazę toluenu) czy chemotaksji, dzięki której z łatwością kierują się w stronę naftalenu i salicylanu.

Warto również wspomnieć o zdolności roślin do wytwarzania polimerów, które łatwo przekształcić w produkty podobne do polietylenu lub polipropylenu. Związki te różnią się jednak od swoich syntetycznych odpowiedników tym, że ulegają biodegradacji. Pozwala to na ekologiczne i tanie uzyskiwanie materiałów przemysłowych i medycznych.

Próbując ostatecznie zaproponować coś charczącemu zajączkowi z krzaka, można odwołać się do powyższych dowodów, świadczących o tym, że modyfikacja genetyczna nie musi nieść szkody dla środowiska. Lepiej wprowadzić rośliny odporne na herbicydy, grzyby i wirusy, a co za tym idzie, zmniejszyć ilości oprysków, niż brnąć w coraz większą i na pewno nie obojętną dla kondycji zwierząt i ludzi chemizację rolnictwa. Na pewno poszerzenie upraw i zwiększenie skuteczności zabiegów rolnych spowoduje spadek bioróżnorodności ekosystemów, ale będzie się tak działo niezależnie od tego, w jakim kierunku będzie zdążało rolnictwo przyszłości. W każdym razie: trzymaj się, zajączku!

h1

Zbyt czuła?

Luty 18, 2010

Czego to człowiek nie znajdzie, w ogóle się tego nie spodziewając! Szczególnie w internecie. Byłam właśnie w trakcie poszukiwań zdjęcia włosków liścia mięty (i z sukcesem je znalazłam), oto one:

Pytanie tylko- gdzie? No właśnie. Na blogu pewnego profesora-biochemika [zaskoczenie]. Przeczytałam kilka jego postów i okazało się, że nawiązuje on czasem również do genetyki. Od razu zaznaczam, że nie popieram wszystkich jego opinii, a jedynie szukam ciekawych faktów 😉  Mam nadzieję, że to nie będzie plagiat, jeśli trochę tu napiszę na te tematy na podstawie jego postów. Adres bloga: http://sandwalk.blogspot.com/2009_03_01_archive.html

Pierwszym tematem który wpadłmi w oko była opinia na temat czułości metod wykrywania DNA i tym samym- ich wiarygodności.

Autor sugeruje, że wszechobecność zjawiska alternatywnego splicingu, występowania snRNA i miejsc wiązania czynników transkrypcyjnych może wynikać właśnie ze zbyt dużej czułości metody. Przytacza również ciekawy przykład, który obrazuje jak nawet drobne zanieczyszczenia mogą zupełnie zafałszować wyniki. Niemiecka policja znalazła DNA pewnej nieznanej kobiety na miejscu ponad 40 przestępstw, jak się później okazało, nie była ona ich sprawcą a jedynie pracownikiem fabryki wacików w Bawarii, które wykorzystywano do pobierania próbek DNA. Cóż, dobrze, że ktoś w końcu na to wpadł.

h1

Ence-pence, w której ręce? Czyli o wpływie GMO na nasze zdrowie.

Luty 7, 2010

Ence-pence, w której ręce? Problem w tym, że w żadnej. A jeśli już, to w rękach ludzi młodych, otwartych na nowości i lepiej wykształconych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Pracownię Badań Społecznych, Polacy bardzo niechętnie sięgają po produkty spożywcze wyprodukowane z organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO). Przeciętna polska ręka ma już określone preferencje i wyrobione sklepowe odruchy. Nie ma powodu, by poszukiwać nowych, transgenicznych wrażeń. Szczególnie w świetle tych wszystkich przerażających pogłosek.

Respondentom zadawano pytanie: Czy dokonałbyś zakupu produktu spożywczego wiedząc, że zawiera on składniki zmodyfikowane genetycznie (GMO)? Siedemdziesiąt pięć procent z nich odpowiedziało, że nie. Skąd bierze się taka niechęć? Jak twierdzi psycholog dr n. biol. Jarosław Skommer postawa wobec tematów dotykających naszego zdrowia, jak właśnie spożywania GMO, jest zbudowana z trzech czynników: wiedzy na dany temat, emocji z nim związanych i zachowania wobec problemu. „Czasami jest tak, że nasza postawa składa się wyłącznie z emocji, szczególnie wtedy, gdy brakuje wiedzy na dany temat”. Wydaje się, że to właśnie tu tkwi przynajmniej część problemu. Brakuje rzetelnych publikacji na temat GMO, podających argumenty za i przeciw w taki sposób, by każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie. „Nie wiemy co to jest, a jak nie wiemy, to tego nie dotkniemy, nie spróbujemy, nie kupimy. Tym przejawia się lęk” – dodaje dr Skommer. W pewnym sensie trudno dziwić się tym obawom, skoro popularna wyszukiwarka internetowa po wpisaniu hasła „GMO” wyświetla od razu znane zdjęcie płodu ludzkiego egzystującego wewnątrz pomidora i inne „zmodyfikowane” organizmy. To, że modyfikacja została dokonana Photoshopem jak widać nie ma tu znaczenia.

Skoro strach i niechęć źle czują się w obecności wiedzy, istniała szansa, że zadanie tego samego pytania studentom uniwersytetu medycznego przyniesie zgoła odmienne rezultaty. Okazało się, że rzeczywiście tak jest. Ponad sześćdziesiąt procent osób uczestniczących w sondzie wykazało chęć zakupu produktów zmodyfikowanych genetycznie. „Jeśli wychodzimy z założenia, że żywność transgeniczna jest żywnością zdrową i lęk przed nią jest nieuzasadniony, to można by powiedzieć, że świadomość studentów UMP jest w tym względzie wysoka” – mówi dr Skommer – „To ich pozytywnie wyróżnia w stosunku do populacji”. Rzeczywiście, można by dojść do takich pokrzepiających dla nas wniosków, gdyby nie pewien dodatkowy czynnik, na który zwraca uwagę dr Skommer: „Przepytana została grupa młodych osób, a ludzie młodzi z reguły są bardziej skłonni do podejmowania ryzykownych decyzji, są bardziej otwarci na nowość. Starsze pokolenie, które obejmuje ankieta dotycząca całego społeczeństwa polskiego, ma bardziej ugruntowane postawy wobec żywienia”. Niewątpliwie jednak wynik sondażu dowodzi, że z czasem coraz większy procent społeczeństwa będzie się przekonywał do żywności transgenicznej.

Dr Skommer zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, z którym związana jest niepewność Polaków względem GMO: natłok sprzecznych argumentów i, co za tym idzie, trudność w znalezieniu wiarygodnych źródeł informacji. Stąd w społeczeństwie pojawiają się mity i obiegowe, niesprawdzone opinie. Jedną z nich, zapewne absurdalną dla osób, które posiadają już pewną wiedzę biologiczną, jest pokutująca w społeczeństwie obawa, że  „Nowe geny, zawarte w GMO mogą być toksyczne, lub wbudować się w mój genom”. Nie, nie ma co się śmiać, ponieważ opinia ta paradoksalnie ma swoje źródło w badaniach naukowych. Wiele zamieszania wprowadziła praca Mazza i współpracowników, dowodząca, że krótkie fragmenty DNA transgenicznej kukurydzy odnajdowane były w tkankach prosiąt karmionych tą paszą. Dr n. farm. Anna Budzianowska z Katedry i Zakładu Botaniki Farmaceutycznej i Biotechnologii Roślin, poproszona o ustosunkowanie się do tych wyników, stwierdza:  „DNA i białka pochodzące z organizmów transgenicznych trawimy przecież tak samo jak te pochodzące ze zwykłych roślin. Nie ma możliwości, by obcy DNA wbudował się w nasz genom”. Skąd więc obcy DNA w tkankach prosiąt? Wytłumaczenie jest dość banalne – wszelkie cudzożywne organizmy od milionów lat wykorzystywały pobierany z pokarmem DNA, trawiąc je na mniejsze fragmenty i wykorzystując jako budulec dla własnych struktur. Jednak są to fragmenty bardzo małe, a prawdopodobieństwo, by w pełni funkcjonalny gen wbudował się w ludzki genom jest naprawdę znikome i warunkowane przez długi szereg czynników. Gen rośliny, by stworzyć rzeczywiste niebezpieczeństwo, musiałby przetrwać wszelkie procesy obróbki pokarmu, zostać uwolniony w postaci liniowej, przetrwać działanie wielu enzymów, zarówno nukleaz roślinnych jak i soków trawiennych oraz skutecznie konkurować z innymi fragmentami DNA z pokarmu. Ponadto komórka jelita musiałaby być zdolna do transformacji, a gen musiałby przetrwać działanie jej enzymów restrykcyjnych i trafić akurat na moment, w którym DNA w jądrze ulegałoby rzadkim procesom naprawy lub rekombinacji. Trudna droga, prawda? Na uwagę zasługuje następujący wniosek autorów pracy: „(…)na podstawie uzyskanych wyników uważamy za nieuprawnione stwierdzenie, że nasilony transfer materiału genetycznego z paszy do tkanek zwierząt ma miejsce w przypadku roślin GM”. Dziwnym trafem, przeciwnicy żywności modyfikowanej genetycznie zdają się nie przyjmować tego wniosku do wiadomości. W świetle tych argumentów powyższe wątpliwości możemy ze spokojnym sumieniem odsunąć. Pojawia się jednak inna obawa: „Mikroorganizmy w moim jelicie pobiorą obcy DNA i staną się niebezpieczne”. Jest to problem warty dokładniejszego rozważenia.  W normalnych warunkach panujących w jelicie resztki pokarmowe, włączając w to mikroflorę, nie zawierają nowych genów. Jednakże w momencie, gdy warunki te są odmienne od naturalnych, na przykład przy okazji zabiegu ileostomii, wydalane organizmy, jak wykazały badania, mogą zawierać śladowe ilości transgenicznego DNA. Ponadto istnieją przypuszczenia, że kompetencja komórek bakteryjnych rośnie w kontakcie ze śliną, jednak to, czy potrafią przeżyć transfer z jelita przez żołądek do jamy ustnej nie zostało potwierdzone. Co jednak najważniejsze – nigdy nie udowodniono, że mikroorganizmy w kontakcie z transgenicznym DNA mogą rzeczywiście nabywać jakiekolwiek niebezpieczne właściwości. Owszem, można by stwierdzić, że to jeszcze nie dostateczny dowód, że tak nie dzieje się w ogóle. Jednak na pewno jest to dowód na to, że nawet jeśli ten proces zachodzi, to na bardzo skromną skalę. Stosując tego typu rozumowanie, nie moglibyśmy zaufać niczemu. Moglibyśmy równie dobrze nie mieć dowodu, że Jasiu nie siada nigdy za kierownicą po spożyciu alkoholu. Ale czy to znaczy, że nie powinniśmy wcale wsiadać z nim do samochodu?

  Co jednak z kolejnym argumentem przytaczanym przez przeciwników GMO: „Toksyny bakteryjne zawarte w zmodyfikowanej żywności będą dla mnie trujące”. Po pierwsze powinniśmy zdać sobie sprawę, że każda substancja jest trucizną, w zależności od dawki. Co więcej, to, co dla jednego jest trucizną, innemu organizmowi może nie przynosić żadnej szkody. Czekoladę możemy jeść z upodobaniem nie bojąc się żadnych skutków ubocznych (o ile spożywamy ją w rozsądnych ilościach), czego nie można powiedzieć o psach, na które ma ona wpływ toksyczny (co wcale nie znaczy, że również nie jedzą jej z upodobaniem…). Zawartość toksyn przeciwko omacnicy prosowiance w zmodyfikowanej kukurydzy Bt jest ściśle kontrolowana, a nowe białko musi ulegać całkowitemu rozkładowi w układzie pokarmowym. „Okazało się, że ta naturalna toksyna jest toksyną wybiórczą, szkodliwą jedynie dla tego owada” – mówi dr Budzianowska – „Nie było żadnych zgłoszeń, by komuś zaszkodziła, a przecież transgeniczna kukurydza jest spożywana w USA już od kilkunastu lat”.
Dr Budzianowska podkreśla przy okazji, że problem zwalczania omacnicy prosowianki nie jest już problemem odległym dla polskich rolników, ponieważ szkodnik ten pojawił się ostatnio również w naszym kraju. Niewątpliwie będzie to czynnik sprzyjający poszerzaniu upraw kukurydzy Bt w Polsce, by uniknąć znacznych strat w zbiorach.   

„Spożywając GMO na pewno się rozchoruję!” jest jedną z ważniejszych obaw przeciwników GMO. Wcale nietrudno nawet na własne uszy (!) usłyszeć opinie typu „to mi coś zrobi z mózgiem!”… Zdecydowana większość badań przeprowadzanych na zwierzętach nie wykazuje szkodliwego wpływu diety opartej na żywności GM na ich zdrowie. Dlaczego to nie przemawia? Znów wracamy do problemu Jasia i jego samochodu… „To, że jesteśmy w stanie podać dowody, że ta żywność nie szkodzi, to jeszcze za mało” – mówi dr Skommer –„ludzie będą oporni nawet wobec wiedzy naukowej, ponieważ są nieufni wobec tego rodzaju wiedzy. Szczególnie, jeśli dotyczy to ich zdrowia”. Chcąc być obiektywnym, nie można jednak nie ustosunkować się do tych wyników badań, które wskazują na pewne zmiany fizjologiczne (w funkcjonowaniu hepatocytów, komórek wydzielniczych trzustki czy komórek Sertoliego) i zdolność odchowania potomstwa u zwierząt karmionych GMO. Autorzy tych badań formułują wnioski bardzo ostrożnie, nigdy jednoznacznie nie wskazując na rzeczywiste szkodliwe działanie. Bardzo często wyniki tych badań nie są powtarzalne, lub też zawierają błędy w procedurze wykonywania doświadczenia, co znacząco wpływa na ich wiarygodność.

„GMO wywołują alergię!”. Białek wywołujących alergie jest około 200 spośród setek tysięcy białek, które na co dzień zjadamy. Struktura przestrzenna typowych alergenów jest już bardzo dobrze poznana i żadne białko transgeniczne, mające strukturę podobną do jednego z nich, nie może zostać wykorzystane w roślinach modyfikowanych genetycznie. Dlatego też produkty GM poddawane są bardzo restrykcyjnym testom na alergenność. Docelowa cząsteczka przechodzi szereg badań: zbadanie ogólnego podobieństwa nowego białka w porównaniu ze znanymi alergenami, podobieństwa w sekwencji aminokwasów oraz identyczności serologicznej. Następnie szacowana jest odporność na trawienie i przeprowadzane są badania na zwierzętach. Jak zauważa dr Budzianowska: „Istnieje tyle czynników związanych z uprzemysłowieniem, komunikacją miejską czy chemizacją rolnictwa, że składnik przebadany tak szeroko jak transgeniczne białko nie może być istotnym czynnikiem alergennym”. Jedynym niebezpieczeństwem może być brak informacji. Alergik może nie być świadom, że wraz z pomidorem zjada białko kapusty, na które jest uczulony. Do tej pory są to jednak rozważania czysto teoretyczne.

Jednym z głównych wniosków płynących z wielu prac badawczych prowadzonych na całym świecie jest równoważność odżywcza roślin GM i roślin niemodyfikowanych. Dodatkowo nie ma udowodnionego negatywnego wpływu spożywania tych produktów na organizm człowieka. „Jestem w pełni przekonana, że ta żywność jest lepsza niż wytwarzana za pomocą zintensyfikowanego rolnictwa” – przyznaje dr Budzianowska – „Pojawiały się, co prawda, prace dowodzące szkodliwości roślin GM, lecz były one od razu weryfikowane i zazwyczaj ich wyniki nie były potwierdzone w innych badaniach. Nigdy nie możemy być pewni, że roślina wyprodukuje tylko ten jeden, docelowy metabolit. Jednak to wszystko podlega wcześniej dokładnemu sprawdzeniu”. W tym momencie pojawia się kolejna kwestia: w jakim stopniu potrafimy zaufać naukowcom? Badania biologiczne są wyjątkowo złożone i często niejednoznaczne. Czy potrafimy to zaakceptować w tak ważnej kwestii jak nasze żywienie?

Zdaje się, że nie mamy wyboru. Pozostaje nam albo wysłuchać argumentów naukowców, albo przed sklepową półką zdać się na ślepy los, wymawiając słowa dziecięcych wyliczanek. Ence-pence,…?

Marta Ptaszyk
h1

“Genetyka molekularna” Węgleńskiego wędruje na półkę.

Sierpień 26, 2009

No, powiedzmy, bo po pierwsze na moich półkach nie ma obecnie miejsca (może jak wywiozę część książek na studia to coś się zmieni) a po drugie- nie chcę się jeszcze z nią żegnać. I zapewne nie mogę. Czytanie sprawiło mi dużą satysfakcję,  ale do niektórych zagadnień będę musiała jeszcze wrócić lub skonfrontować je z tekstem z innych książek (według mnie to najlepszy sposób na ogarnięcie tematu). Ale to za jakiś czas, mózg zrobi odpowiedni przesiew informacji i będzie jasne co trzeba powtórzyć ;p. genetyka molekularna węgleńskiego

Co do samej książki, a właściwie jej autora- może się nie znam, ale ciekawi mnie jaką pracę nad podręcznikiem wykonał sam pan Węgleński, skoro napisał tylko wstęp, rozdział pierwszy i czwarty na spółkę z kimś innym ;p Jako redaktor naukowy pewnie to wszystko nadzorował a na koniec się podpisał xD Nie, dobrze, nie będę złośliwa, bo jak mówię- nie znam sytuacji 😉

W związku z powyższym książka ma wielu autorów i niestety nie jest jednorodna. Są działy, które w sposób przystępny tłumaczą zagadnienia, a są i takie, przez które przebrnąć trudno, pomimo, że stopień skomplikowania poruszanych zagadnień w moim odczuciu jest podobny.

 Za najtrudniejsze uważam dwa działy:

  • Budowa i działanie genów prokariotycznych (za to już następny, o działaniu genów eukariotycznych, był o wiele przystępniejszy, czego się nie spodziewałam- ciekawe z czego to wynika- z naszej obecnej wiedzy na ten temat? Z nastawienia autora?)
  •  Geny a różnicowanie się i rozwój. Strasznie dużo czynników i w ogóle zakręcone to 😉 Bardzo pomogły mi slajdy z jakichś wykładów z Torunia i Warszawy znalezionych w necie…

Poza tym, może nie najtrudniejszy, ale dla mnie strasznie suchy i z wymienieniem masy jakichś metod bez przykładów, był dział „Ewolucja molekularna”, a dokładniej część o tworzeniu drzew filogenetycznych ;p No nie podeszło mi to zupełnie, nic nie poradzę…

Ogólnie mam dwa odczucia po przeczytaniu tej książki: odczucie pierwsze jest takie, że pozostawiła mnie z w miarę usystematyzowanym i pełnym spojrzeniem na zagadnienia, nad którymi będę dalej pracować. Podobno książek naukowych nie czyta się „od deski do deski” (opinia kolegi z biologa), ale na moim stadium zaawansowania tego typu podręczniki muszę tak czytać, inaczej to nie miałoby sensu i możnaby mi zarzucać, że zdobywam poszatkowane informacje, które nic a nic się ze sobą nie kleją. Inna rzecz jest taka, że jeśli jakieś zagadnienie mnie przerasta, czytam dany rozdział i próbuję wyciągnąć z niego tylko najważniejszy sens, bez męczenia się ze szczegółami. Tego typu rzeczy będzie jeszcze okazja dopracować.

Drugie odczucie po przeczytaniu tej książki to… MAŁO! Pod koniec miałam wręcz wrażenie, że będzie mi jej brakowało ;p No i wiem, że o paru rzeczach muszę jeszcze sporo doczytać… Ale księgarnie internetowe czujne są i dzisiaj, gdy byłam dokładnie 5 stron przed zakończeniem „Genetyki molekularnej”, dostałam przesyłkę z PWN-u. Dotacja od dziadka wystarczyła na zakup dwóch nowych książek: „Strukturalne podstawy biologii komórki” Wincentego Kilarskiego (nie można zajmować się genetyką bez wiedzy o komórce) oraz „Genomy” A.T. Browna. Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie 😉 Jak narazie jestem trochę rozczarowana, bo jak na cenę ponad 100zł podręcznik Browna jest wydany kiepsko, sklejony i w bardzo miękkiej oprawce, jak na taki duży format 😐 Węgleński niestety rozpadł mi się przy ostatnich stronach, a jest w o wiele zgrabniejszym formacie. Na pierwszy rzut oka „Genomy” wyglądają bardzo przystępnie, dużo rysunków i schematów, kolorów, już zdążyłam się od tego odzwyczaić xD Fragmenciki, które przeczytałam do tej pory wyglądają całkiem obiecująco, aczkolwiek mam wątpliwości czy to na pewno jest podręcznik bardziej zaawansowany niż „Genetyka molekularna”, no ale to dopiero wyjdzie w praniu. Chcę sobie zrobić kilka dni przerwy przed rozpoczęciem tych książek, bo nagromadziły mi się różne wydruki i artykuły, z którymi wypadałoby się wreszcie zapoznać i jakoś je uporządkować (czytaj: wpiąć wszystko do tego samego segregatora ;p). Ciekawe czy wytrzymam!