h1

Biofizyka – zmora I roku (?)

Wrzesień 5, 2010

W pierwszym półroczu zdecydowanie usunęłabym znak zapytania w tytule, pozostawiając zdanie twierdzące. Jednak po przeżyciu anatomii, biofizyka wydała mi się naprawdę sympatyczna. Tak jak powtarzam dość często – wszystko zależy od prowadzącego. Przy moim pechu trafiam na największych dręczycieli i chyba mam trochę odwrócone pojęcie na temat porównania biofizyki i anatomii. Nawet z człowiekiem, z którym miałam biofiz, nigdy nie było tak tragicznie jak na anatomii. Ale większość osób twierdzi inaczej, wspominając biofizykę zdecydowanie najgorzej.

Po tym jakże pozytywnym wstępie ;p możemy przejść do sedna. Biofizyka odbywa się raz w tygodniu i na każde zajęcia należy przyjść przygotowanym (ekhm.). Zajęcia zaczynają się od „wejściówki”, czyli małej kartkówki lub odpytania przez prowadzącego, co odbywa się w małych grupkach (4-6 osobowych) zgodnie z przydzieleniem do poszczególnych asystentów. Stąd zdarza się, że u jednego asystenta można zaliczyć wejściówkę nie wiedząc totalnie nic, a u innego – wręcz przeciwnie… Nawet jeśli nauczysz się porządnie ze skryptu – okazuje się to za mało (miewaliśmy pytania „z kosmosu”, ale trzeba przyjąć, że to rzadkie zjawisko – na skalę jednego asystenta). Jedno i drugie ma swoje plusy i minusy – słyszałam o parach, które niewiele robiąc zaliczały wszystko, a później zawaliły kolokwium końcowe – bo nagromadziło się zbyt wiele… Teoretycznie wejściówka ma sens, bo żeby wykonać ćwiczenie praktyczne trzeba mieć przecież jakąś wiedzę i ogólnie orientować się o co w danym zagadnieniu chodzi. I dodatkowo zmusza do pewnej systematyczności. Przygotować się należy – jak już wspomniałam – ze skryptu (albo z moich notatek ;p) i w baaaardzo rzadkich przypadkach z Biofizyki Jaroszyka (ogólnie traktowane przez studentów jako nadgorliwość). Zazwyczaj pytają o pojęcia, narysowanie wykresu, napisanie i opisanie wzoru, jakiegoś prawa czy też policzenie zadania (proste Ci one nie były nigdy w naszym przypadku). 

Na każde zajęcia przynosi się protokół, wydrukowany ze strony katedry. Poszczególne pary (bo pracuje się w parach) mają przydzielone indywidualne ćwiczenie, tak, żeby rotacyjnie można było wykonać zadania na wszystkich sprzętach. Grafik – kto kiedy które ćwiczenie wykonuje – również znajduje się na stronie. Czasami trzeba opanować teorię z dwóch ćwiczeń ale zawsze wykonuje się tylko jedno. Po zaliczeniu wejściówki asystent tłumaczy jak wykonać ćwiczenie i obsługiwać sprzęt, sprawdzając też sprytnie czy macie pojęcie o czym mówi. Zazwyczaj w protokole należy wpisać wyniki poszczególnych pomiarów (np. natężenie promieniowania po przejsciu przez różnej grubości płytki itp.), następnie policzyć na tej podstawie różne wartości (według wzorów ze skryptu), dobrze wyprowadzić jednostki i narysować na papierze milimetrowym wykres – o tym, jak to robić, jest napisane w skrypcie) i napisać wnioski. Zazwyczaj nie było takiej możliwości, żeby to wszystko zrobić na jednych zajęciach, więc można było gotowy protokół i wykres oddać na następnych. Za całość – wejściówkę i wykonanie ćwiczenia – prowadzący wystawia ocenę. Trzeba osiągnąć jakąś tam średnią, żeby przystąpić do kolokwium końcowego. Ale nie było jeszcze przypadku, żeby kogoś nie dopuścili. Najwięcej czasu zajmowało nam po wykonaniu wykresu – pisanie wniosków. Żeby napisać tam coś sensownego (a nieczęsto wychodzi) trzeba mniej – więcej orientować się co powinno wyjść w wynikach ćwiczenia. Jeśli okazuje się, że wyszło coś zupełnie bez sensu, w żadnym wypadku nie powinno się fałszować danych! Jeśli to wyjdzie na jaw – można mieć dość duże problemy (podobno grożą wyrzuceniem z uczelni…). Za to należy się zastanowić DLACZEGO coś poszło nie tak i napisać to we wnioskach. Dła przykładu mogę podać próbę zmierzenia hematokrytu przeze mnie i koleżankę. Strasznie nas zdziwiło, że wyniki w przypadku krwi wyszły nam prawie takie same jak dla osocza – tak jakby nie było w niej krwinek. Później jednak zdałyśmy sobie sprawę, że próbki krwi nie wymieszałyśmy, a że krwinki opadły na dno, badając tylko górną warstwę zbierałyśmy znów dane dla osocza ;p Wiem, wiem, ale myśląc o tych wszystkich parametrach, które trzeba ustawić na tym przestarzałym sprzęcie, można zapomnieć o tak bagatelnej sprawie, jaką jest wymieszanie próbki ;p W każdym razie – opisałyśmy nasz błąd we wnioskach – i był to jeden z najwyżej punktowanych naszych protokołów 😉

Kolokwium końcowe jest z teorii przerabianej na ćwiczeniach, plus czasem jakieś zadania związane jednak tylko z dobrym podstawieniem, jednostkami i przeprowadzeniem obliczeń. Chyba byłam tak zestresowana, że zapomniałam już dokładnie jak to wyglądało ;p Przykładowe pytania są w moich materiałach i opracowanie teorii wraz z ilustracjami, gotowe do przelania na zaliczeniowy arkusz xD

Na koniec, cóż – cała prawda o życiu:

h1

Jak nawlec płytkę z dziurką na nić DNA? Albo i odwrotnie? ;)

Sierpień 9, 2010

Nowa elektryczna metoda sekwencjonowania genomu może dać wynik po kilku minutach i to kosztem zaledwie 100 dolarów – informuje „New Scientist”.

Pierwsza próba sekwencjonowania genomu zakończyła się po 10 latach i kosztowała miliardy dolarów. Teraz koszt to około 10 000 dolarów, jednak może spaść stokrotnie.W przeciwieństwie do dotychczasowych sposobów wykorzystujących zjawiska optyczne czy efekty biochemiczne, nowa metoda polega na przeciskaniu poszczególnych nici DNA przez maleńkie dziurki i mierzeniu ich elektrycznych właściwości poszczególnych nukleotydów. Opracowały ją wspólnie firmy IBM oraz Roche Applied Science. Zespołem IBM działającym w centrum badawczym w Yorktown Heights kierował Stanislaw Polonsky.

Przede wszystkim trzeba było uzyskać grubą na 10 nanometrów (miliardowych części metra) membranę z trzech warstw azotku tytanu oddzielonych warstwami krzemu, a następnie wywiercić w niej otwór o średnicy trzech nanometrów. Po przyłożeniu do membrany napięcia nić DNA jest wciągana w otwór, po czym napięcie jest odłączane. Kolejne zmiany napięcia pozwalają przesuwać poszczególne pary zasad, a środkowa warstwa azotku tytanu mierzy ich ładunki. Można osiągnąć prędkość do 1000 par zasad na sekundę dla pojedynczego otworu i używać wielu otworów jednocześnie. PMW

PAP – Nauka w Polsce

Szkoda, że nie mogę znaleźć więcej informacji na ten temat! Np. jaka jest dokładność tej metody…

h1

Studentką być, drugi już raz…

Lipiec 23, 2010

No, to jestem na biotechnologii ;] Takie to było proste. I pomyśleć, że w zeszłym roku robiło się z rekrutacji tyle szumu. A teraz zawiozłam tylko papiery, wczoraj dzwonili do mnie czy się decyduję. I już. Nie ma żadnych otwieranych szampanów, świątecznych lodów, gratulacji. Tylko spokój. Jak przed burzą.

Bo niestety nie mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie chcę też, żeby ostatecznie wypadły mi wszystkie włosy. Ani żebym pozbyła się resztek żelaza we krwi. Chciałabym jeszcze trochę pospać w życiu, pojeździć konno, pobawić się z przyjaciółmi… Tłumaczę sobie, że to wszystko kwestia nastawienia. Jeśli założę, że nie będzie na to czasu, to rzeczywiście utknę w pracy po uszy. To tylko kwestia nastawienia. I umiejętności radzenia sobie ze stresem.

Może powinnam się zapisać na jakieś techniki relaksacyjne? Usłyszałam ostatnio, że powinnam odpocząć. Bo przygotowuję się do CAE, a jak zaczynam mylić nieregularne formy przeszłe czasowników, to to już nie jest dobrze. Odpuściłabym sobie, bo wiem, że jestem w tej chwili w stanie zdać to na 80-90%, ale jakoś źle by mi z tym było. Przecież ja sobie nie odpuszczam. Nie w kluczowej chwili.

[Ale oczywiście zamierzam odpocząć, niedługo wyjeżdżam na spływ, może mi to jakoś pomoże. I przede wszystkim odpocznę od komputera, czytania, pisania itd…]

Ostatnio chodzi mi po głowie kilka pomysłów. Właściwie cały czas mi coś chodzi po głowie, mniej lub bardziej uporczywie. Przede wszystkim zaczęłam się zastanawiać jaki sens ma czytanie książek naukowych „od deski do deski”. Zaczęłam czytać Genomy Browna i stwierdziłam, że gdybym czytała całość bardzo dokładnie – umarłabym najpewniej z nudów już przy drugim rozdziale. No a po co się męczyć, skoro są wakacje? Skoro można robić to inaczej i z lepszym rezultatem. Zaczęłam wybierać sobie zagadnienia. Np. budowa kompleksu inicjującego transkrypcję. Czytam o tym w jednej ksiażce, potem w innej i co nowego w czasopismach, itd. Zostaje więcej w głowie, a człowiek nie czyta bezmyślnie, byle tylko dokończyć dzisiaj jakiś tam rozdział, który w ogóle nie jest interesujący.

Zaczęłam się też zastanawiać, w jakiej dziedzinie bym się widziała. Co mnie najbardziej interesuje. I właściwie nadal do końca nie wiem, ale już od dość dawna ciągnie mnie coś do procesów zachodzących w mitochondriach. Może to dlatego, że wydają się jakąś zamkniętą całością, którą można by w jakiś możliwy sposób ogarnąć? A przecież druga część mózgu podpowiada mi, że to jest i tak naprawdę niewyobrażalnie skomplikowana struktura i „wgryźć się” w nią będzie bardzo trudno. Otwieram jakąkolwiek książkę o procesach zachodzących w środku i nie ogarniam niemal nic. A jednak ciągnie. Jak na złość.

Kolejna rzecz, to próba napisania czegoś. No tak, to bardzo łatwe, mając bloga.  Ale też i niebezpieczne. Bo tak sobie pisać tu mogę, owszem, o sprawach błahych. Ale ja chciałabym napisać coś w stylu małej pracki przeglądowej na jakiś temat… A to się wiąże już z większą odpowiedzialnością, cytatami, itd. A jednak bym chciała. Na jakiś malutki temacik. Tak, żebym się w tym nie zaryła, a mogła poćwiczyć tą formę prezentacji… No i musiałabym to zrobić zupełnie sama, bez kogoś, kto by mnie upomniał, gdybym robiła jakieś śmiertelne błędy…

Ale to będzie musiało jeszcze poczekać. Spływ na pierwszym miejscu 😉

h1

Parazytologia, czyli biologia z genetyką.

Lipiec 21, 2010

Tak, ten przedmiot był dla mnie rozczarowaniem. Próżno w nim szukać prawdziwej genetyki… Ale zacznijmy od początku. Przedmiot składa się z ćwiczeń i wykładów. Na ćwiczeniach robi się parazytologię, na wykładach genetykę.

Ćwiczenia są wg mnie bardzo przyjemne, w sali jest jakaś taka… przyjemna atmosfera, jest jasno, prowadzący puszczał nam muzykę ;p Nie wiem, jakoś tak dobrze się tam czułam. Przerabiamy na nich po prostu różne pasożyty, według systematyki. Trzeba mieć skrypt do parazytologii i zeszyt ćwiczeń, który można sobie wydrukować ze strony. Ze skryptu trzeba się uczyć do kolokwiów (są chyba trzy) i można poczytać na ćwiczenia (co doradzam, bo później jest łatwiej) a w zeszycie ćwiczeń rysuje się i czasem coś pisze na zajęciach ;p Taka „kolorowanka”. Na początku zajęć słucha się krótkiego wykładu na temat pasożytów, które będzie się oglądało pod mikroskopem i ogląda prezentację multimedialną. Często jest tak, że rysunki pasożytów pojawiające się na prezentacji trzeba później narysować w ćwiczeniach. Oczywiście powinno się rysować „z pod mikroskopu”, ale z własnego doświadczenia wiem, że pomaga szybkie przerysowanie rysunków z prezentacji gdzieś dla siebie z boku. Zazwyczaj w czasie oglądania preparatów nie można już pomagać sobie prezentacją, a jak wiadomo, pod mikroskopem rzadko coś widać ;p Zdecydowanie lubiłam te zajęcia, a już najbardziej jak coś się ruszało.

Jeśli chodzi o naukę do kolokwiów – jeśli robi się to systematycznie to nie ma problemu. Pytania są dosć skomplikowanie skontruowane, ale jeśli ktoś się „wgryzie”, przeczyta przed ćwiczeniami, po, a przed kolokwium dokładnie przeanalizuje cykle życiowe i zwróci szczególną uwagę na RÓŻNICE między pasożytami, jest w stanie napisać to bardzo dobrze. Opłaca się to o tyle, że trzy kolokwia z parazytów napisane na 5, dobrze zrobiona prezentacja multimedialna i dobry wynik w takiej grze na koniec, pozwala uzyskać… 6 dodatkowych punktów na egzaminie. Szczerze – TO JEST NIC. Bo egzamin był, z tego co pamiętam, na jakieś 50 pkt? Jak na tyle wysiłku, żeby to zdobyć, to trochę się nie opłaca. Zapomniałam dodać, że to jest MAX 6 pkt. Z gorszym wynikiem można dostać w bonusie 4, 2 lub 0. Powodzenia.

Z ćwiczeń nie wyjdzie się, jeśli się ich nie zaliczy. Wygląda to tak, że gdy skończy się robić wszystkie rysunki i ćwiczenia w zeszycie ćwiczeń podchodzi się do prowadzącego i odpowiada na jedno pytanie z przebytych ćwiczeń. Jeśli ktoś przeczytał wcześniej odpowiedni materiał ze skryptu, potem uważał na ćwiczeniach (ewentualnie jedno albo drugie) to nie ma z tym żadnego problemu.

Na koniec są jeszcze dwie rzeczy – wykonanie prezentacji multimedialnej na zadany temat przez wyznaczone zespoły i zagranie w grę, taki quiz o parazytach, na którym można używać marteriałów pomocniczych i pracować w wyznaczonych grupach. To wszystko liczy się do punktacji pozwalającej na uzyskanie tych kilku marnych punktów do egzaminu. I oczywiście wszystkich nazw trzeba nauczyć się po łacinie, ale to jest najmniejszy problem, naprawdę po niedługim czasie używa się ich jak polskich, nawet tego nie zauważając.

O wykłądach nie będę się wypowiadać zbyt szeroko. Wszystkie straszczenia są na stronie katedry. „Streszczenia wykładów” w tym przypadku oznaczają cały tekst znajdujący się na slajdach. Czyli wszystko co trzeba wiedzieć. Trzeba jednak trochę uważać, bo czasem, mimo zapowiedzi, pani dr nie wrzuca jednego wykładu, czyli ostatniego. Po co? Hm, próba wymierzenia sprawiedliwości? Zawartość: jak na mój gust – powtórzenie materiału z liceum, kilka rzeczy dość pobieżnie mogło wykraczać poza liceum. Chodziłam na te wykłady tylko z sentymentu. Jeśli ktoś lubi sporty ekstremalne, np. liczenie ile razy można to samo zdanie powiedzieć w innej formie – zapraszam.

Egzamin jest testowy, pytania w tej samej formie co na parazytologii. To co jest w streszczeniach trzeba na 5 umieć dobrze i trochę myśleć przy odpowiedziach, ale nic poza tym.

Może nie można mieć za złe tej katedrze, że wykłady są takie banalne? Moim zdaniem genetykę można przedstawić wyjątkowo ciekawie, w przeciwieństwie do niektórych przedmiotów, z których, pomimo najszczerszych chęci, szału się nie zrobi. Ale genetyka JEST ciekawa! Może po prostu Katedra Parazytologii nie potrafi tego poczuć?

Zdjęcie tasiemca pobrane ze strony: http://www.macierz.org.pl/artykuly/zdrowie/robaki_jelitowe_lamblia_astma_alergie.html

h1

Jak to na chemii farmaceuci się bawią…

Lipiec 17, 2010

Po dwóch tygodniach wyczerpującego odpoczywania nad morzem i w domu, trzymania pieczy nad psem, czytania wymagających niebywałego nieskupienia książek – poczułam się na siłach, żeby dokończyć moją bajkę o chemii na farmacji 🙂 Następna będzie parazytologia i biofizyka.

Ćwiczenia z chemii odbywają się w pracowni w Collegium Chemicum. Wchodząc do chemicum trzeba wejść po schodach, potem korytarzem na wprost do samego końca, gdzie są kolejne schody. Trzeba je pokonać i po prawej stronie jest Katedra Chemii Nieorganicznej i Analitycznej (http://www.chnia.amp.edu.pl/ – strona internetowa, ale w sumie nic tam nie ma).

Na ćwiczenia przychodzi się w białym fartuchu i z zeszytem, reszta atrybutów typu lateksowe rękawiczki, okulary ochronne, są opcjonalne. Studenci muszą czekać PRZED katedrą, aż ktoś po nich przyjdzie. Po wejściu odczytywana jest lista obecności i rozdawane są kluczyki do szafek. Jest jedna szafka na trzy osoby i tam trzyma się swój sprzet laboratoryjny, jakieś probówki, cylinder, szkiełko, pipetę, lejek, parowniczkę, bagietkę. Każdy dostaje taki zestaw i na koniec roku musi się z tego rozliczyć, czyli oddać rzeczy w takim samym co pierwotnie składzie. Jeśli się coś zbije, trzeba to dokupić. Nie przyjmują pieniędzy.

Każdy stół ma przydzielonego asystenta, lepszego lub gorszego, który nadzoruje pracę. Czasami można się o coś zapytać, ale ogólnie panuje wśród asystentów przekonanie, że powinniśmy już wiedzieć sami, po przygotowywaniu się do kolokwium, co robić. Czasami trzeba więc zgadywać. Na ćwiczeniach wykrywa się kationy i aniony, więc rolą asystenta jest nalanie niewinnemu studentowi jakiejś tajemniczej mieszanki i pozostawienie z nią studenta sam na sam. Na koniec sprawdza protokół i niestety dość często orzeka, że student wykrył nie te kationy, co trzeba ;p Wiecie, cuda się zdarzają, np. stworzenie cynku z kobaltu, co zdarzyło się mojemu znajomemu, no ale zazwyczaj nie ma co na nie liczyć.

Żeby wykryć odpowiednie jony potrzebne są, oprócz sprzętu, trzy rzeczy: skrypt Pawlaczyka, tok analizy i dużo szczęścia. O skrypcie już pisałam, więc teraz toki analizy. Kationy i aniony są podzielone na grupy. W kationach grup jest 5, z czego ostatnia nie ma toku i wykonuje się ją na początku, no ;p Najważniejsza sprawa to rozdzielić odpowiednio kationy, żeby przeprowadzić odpowiednią reakcję charakterystyczną i móc z radością powiedzieć „bingo!”, pobiec do asystenta i dumnie wysłuchać, że jednak tego pan/pani nie ma ;p Ale spokojnie, często reakcja charakterystyczna wychodzi i mówi prawdę.

Tak wygląda tok analizy pierwszej grupy kationów. Przed rozpoczęciem wykrywania któryś z asystentów wam to omówi. Powiem tylko o co chodzi mniej – więcej.

Każda grupa kationów ma tzw. odczynnik grupowy, dzięki któremu można wytrącić kationy z tej grupy z mieszaniny kationów z różnych grup. W przypadku I gr. kationów jest najprościej, bo jest to po prostu HCl. Dodając do takiej mieszaniny tego odczynnika, kationy danej grupy strącają się, a pozostałe są nadal w fazie płynnej. Na samym początku nie trzeba się tym martwić, bo nie dostaje się od razu wszystkich grup tylko ćwiczy każdą z osobna a dopiero później dostaje się pomieszane zestawy. No dobrze, więc mamy osad („Osad1”) i co dalej? Żeby oddzielić od siebie Pb i Ag, Hg trzeba ten osad podgrzać w wodzie. Jak widać tylko osad Pb się rozpuści w tych warunkach, więc odwirowujemy zawartość naszej probówki, zlewamy z wierzchu wodę z kationami Pb i w niej przeprowadzamy reakcję charakterystyczną. Proste, prawda? Osad badamy na obecność Ag i Hg według drugiej gałęzi toku. jak widać, nie jest to nic strasznego. I oczywiście trzeba pamiętać, że dostaje się tylko niektóre kationy i nie każda reakcja musi wyjść. Jeśli coś nie wychodzi to też jest bardzo ważny wniosek. Niestety trzeba przyjąć poprawkę na swoje błędy, a często zdarza się i tak, że mimo najszczerszych chęci, dobrych umiejętności, coś nie wychodzi. wtedy trzeba kombinować z pH, temperaturą, można odparować i zagęścić roztwór – i liczyć na szczęście. Jeszcze gorzej jest, gdy wychodzi coś, czego nie ma! I tu już jest większy problem… ;p ja nie znalazłam sposobu żeby na to jakoś poradzić, po prostu przestałam wierzyć niektórym reakcjom i tyle (np. „czerwony lak”, reakcja obrączkowa… chociaż ta akurat zwykle nie wychodziła nikomu na steżonym kwasie…). Cóż, wszystko jest do przejścia i jeśli reakcje wychodzą, protokoły zalicza się szybko to nie ma problemu, można nawet odczuć rodzaj euforii xD Gorzej, gdy przez trzy zajęcia męczysz się z analizą, a okazuje się, że asystentka nalała kationy złej grupy ;p Też się zdarza. I wtedy można naprawdę czuć się sfrustrowanym. Moja ogólna rada na te ćwiczenia jest taka: pilnować chociaż na oko proporcji, sprawdzać pH, trzymać się toku i trochę myśleć ;p A jak nie wychodzi, kombinować. Powodzenia!

A tak właśnie wygladają zajęcia z chemii:

h1

Chemia – czyli to, co farmaceuta lubi najbardziej (?)

Lipiec 2, 2010

Chemia to jedna z tych rzeczy, dla których młodzi ludzie wskakują na farmację. Ja do nich nie należę. Zawsze wolałam biologię. Ale – uwaga – okazało się, że jest całkiem nieźle i nawet ktoś, kto nie jest przekonany do chemii, może „poczuć to coś” <za zbytnią euforię przepraszam, to jest własnie charakterystyczne dla tego przedmiotu>. 

Najogólniej rzecz ujmując – przedmiot składa się z seminariów ze stechiometrii, ćwiczeń z chemii analitycznej (jakościowej) i wykładów (wykłady na naszej uczelni nie są obowiązkowe).

Seminaria ze stechiometrii odbywają sie na początku roku przed ćwiczeniami z chemii i są raczej miłą i przyjemną powtórką z liceum. Większość osób nie ma z nią żadnego problemu i zdają kolokwium końcowe na piątki. Zdecydownie niestresujące. Owszem, trzeba czasem ruszyć tyłek i rozwiązać coś na tablicy, ale jeśli ktoś chciałby się postresować to tylko tym, że wstyd będzie, jak nie rozwiąże, bo zazwyczaj wszyscy rozwiązują ;p Porażka nie niesie za sobą żadnych sankcji, a ewentualne zgłoszenie się wcześniej pozwala na uniknięcie „wyrwania” do czegoś trudniejszego. Zaliczam zajęcia do kategorii „przyjemne i bezbolesne”.

Wykłady odbywają się w pierwszym półroczy dwa razy w tygodniu. Prowadzi je pani prof. Teresa Gierlach-Hładoń, która, jak jeszcze mi się wydaje (bo nie znam swojej oceny z egzaminu) nikomu nie chce zrobić krzywdy.  Ponadto jest prodziekanem ds. studenckich, więc zdarza się, że coś ciekawego czasem wyjasnia na wykładzie (np. to, że czasem trzeba wziąć urlop dziekański, bo w życiu zdarzają się nieszczęścia – poparła to nawet przykładami – urodzenie dziecka, założenie rodziny…) Wykłady składają się z dwóch części – chemii ogólnej, a później nieorganicznej. Z pokorą przyznaję, że byłam na wszystkich, co do jednego (skubane odbywały się zawsze raaaano!) i z perspektywy czasu widzę, że nie było to koniecze (ok, przyznaję, to eufemizm). Są dość wyczerpujące, bo trzeba bardzo dużo przepisywać ze slajdów (przeźroczy) praktycznie przez 1,5h. Początkowo wychodziłam z założenia, że powinnam chodzić na wykłady, bo wtedy będzie mi łatwiej nauczyć się na egzamin. Ale szczerze – po zapisaniu na tych wykładach więcej niż stukartkowego zeszytu formatu A4, zanim nie otworzyłam go przed egzaminem, w ogóle nie wiedziałam co w nim jest ;p A przy nauce okazało się, że pamiętam jedynie jakieś głupoty. I podejrzewam, że na całym interesie nie wyszłam wcale lepiej niż osoby, które uczyły się ze skserowanych notatek, albo nawet tylko z opracowanych do egzaminu pytań. Zanim przejdę do egzaminu, chciałabym zaznaczyć, że wcale nie zniechęcam do chodzenia na wykłady z chemii xD Bo to mogą być ostatnie, na które w ogóle będzie się miało czas i trochę chęci chodzić, w dalszej karierze na tym kierunku 😉 Co jeszcze, oprócz spraw studenckich można usłyszeć na wykładach –  czasami p. profesor zaznacza co może być na egzaminie, ale nawet to nie jest zbyt potrzebne do szczęscia, bo po pierwsze na ostatnim wykładzie podaje listę zagadnień do egzaminu, po drugie – pytania nie bywają zaskoczeniem xD Innymi słowy – pula pytań z poprzednich lat sprawdza się niemal w 100 procentach. Na trzech pierwszych terminach w tym roku zdarzyło się tylko jedno nowe pytanie (za to dwa razy, jak na złość :|). Puli pytań należy szukać „u starszych roczników”. Ponadto, jeśli ktoś naprawdę nie ma ochoty się przemęczać, „u starszych rczników” można nawet znaleźć wszystkie pytania opracowane i to w wersji elektronicznej (sama jestem autorką jednej z nich, wraz z koleżanką, to chyba nie grzech się tym dzielić…). opanowanie tych pytań (większość to chemia ogólna) plus listy leków związanych ze związkami nieorganicznymi (na mojej liście było trochę ponad 100, ale może są i bardziej skąpe opracowania) zapewnia powodzenie na egzaminie 😉 Z własnego doświadczenia jednak nie polecam nauki później niż trzy dni przed egzaminem, jeśli chce się przyswoić to dość bezboleśnie. U mnie niestety z różnych zależnych i niezależnych ode mnie przyczyn wyszło dość boleśnie, ale mam nadzieję, że rezultat mnie nie zabije…

Cóż, najlepsza i najgorsza za razem część, to ćwiczenia. Trzeba je zaliczyć, żeby przystąpić do egzaminu (ale spokojnie, „pierwszysch terminów” jest zazwyczaj kilka, więc każdy w końcu zaliczy i przystapi). Ćwiczenia odbywają się przez cały rok i trwają 2h15min. Długo? Wcale nie! Przynajmniej gdy coś nie wychodzi, to czas bardzo szybko mija…
Początkowo odbywają się wstępne ćwiczenia, mające na celu zapoznanie delikwentów z podstawowymi czynnościami laboratoryjnymi. Trzeba się teoretycznie do nicz przygotowywać, lista zagadnień będzie poana na bierząco, ale asystenci nie robią problemów i nawet jeśli czasem o coś zapytają, w końcu każdy zalicza te ćwiczenia. Zazwyczaj trzeba coś tam zrobić, np. połączyć dwa roztwory, ucieszyć się, że coś się strąca i napisać jakiś prosty wniosek, albo też napisać reakcje dysocjacji czy jakieś redoksy, za co dostaje się podpis i zalicza dane ćwiczenie. Tutaj można się nauczyć jak posługiwać się pipetą, odparowywać roztory, czym jest łąźnia wodna, jak przesączać itp. Kategoria „bezstresowe” zdecydowanie jest tu na miejscu. Chyba, że ktoś ma taki charakter jak ja i przygotowuje się ze stu źródeł (szybko mi przeszło). Mam gdzieś jeszcze trochę materiałów zebranych do przeczytania przed każdym z tych ćwiczeń. Głównie, zdaje się, posługiwałam się internetem. Listę zagadnień na dane ćwiczenia spisuje się tydzień wcześniej. Te zajęcia wstępne trwają kilka tygodni i w międzyczasie macie się przygotować do pierwszego kolokwium z kationów. Trochę wam powiedzą, na czym polegają toki wykrywania kationów, ale tak naprawdę przygotowanie do kolokwiów polega na tym, że trzeba usiąść na tyłku i otworzyć tajemniczy skrypt Pawlaczyka. Żaden Lipiec-Szmal nie jest tak naprawdę potrzebny, ale jeśli chce się w miarę dobrze wypaść, nie można zacząć uczyć się za późno i trzeba mieć „zmysł” wyłapania ze skryptu tego, co naprawdę jest istotne. Ogólnie jest to dość trudne, biorąc pod uwagę fakt, że nikt, ucząc się całej tej teorii, nie ma jeszcze zielonego pojęcia co jest ważne na pracowni i na co trzeba zwrócić uwagę. Reakcji w skrypcie jest masa i tak jak 90% jest bezużyteczna, trzeba dobrze wiedzieć, które 10%  JEST istotne. W rezultacie nie pozostaje nic innego jak nauczyć się wszystkiego (wtedy jeszcze nie umiałam tego robić), albo nauczyć się ogólnie i wsciekać się, że zapytali mnie o „taki szczegół” jak usuwanie jonów żelaza z roztworu. Bo o co w ogóle się rozchodzi? Po co je właściwie usuwać?… Wszystko wychodzi „w praniu” i tak naprawdę trudno jest przewidzieć co będzie na kolokwium, jeśli trafia się na zespół asystentów widzących niebywałą rozrywkę w układaniu co roku nowych pytań… Ci, którzy tego nie robią, uzyskują nieporównywalnie lepsze wyniki u swoich studentów, co rzutuje na procent osób uzyskujących częściowe zwolnienie z egzaminu. Cóż, life is brutal. Kolokwia z kationów są dwa lub trzy, a w drugim półroczy jest jeszcze kolokwium z anionów. Łącznie z oceną ze stechiometrii, składają się na średnią, która może decydować o zwolnieniu z części pytań na egzaminie. Trzeba mieć średnią 4,5 czyli w praktyce 4,26, które – uwaga – do 4,5 się zaokrąga ;] U mnie decydujące było ostatnie kolokwium z anionó, które musiałam dość dobrze napisać, żeby się na to załapać. Udało się, więc mogłam być zwolniona z pytań z pracowni, zazwyczaj są to pytania o właściwości redukujące i utleniające kationów i anonów (napisać reakcje), kolory i rozpuszczalności osadów z odczynnikami grupowymi poszczególnych jonów… Zaraz, ale czym w ogóle są odczynniki grupowe i toki analizy? O tym w następnym wpisie. Postaram się już tylko opisać same ćwiczenia i jak to wszystko wygląda w praktyce.

h1

Nie taka farmacja straszna…

Lipiec 2, 2010

Tak. Poczułam misję. I wcale nie chodzi o odkrycie czysto farmaceutycznego powołania 😉 Bardziej postawiłabym na tezę, że obudziła się we mnie chęć pomocy młodszym towarzyszom niedoli (w pewnych kręgach można ich nazwać przyszłymi farmaceutami). Sama pamiętam, że dosyć mnie ciekawiło, zanim jeszcze rozpoczęłam studia, co tam będziemy na tej farmacji robić. A więc, drodzy towa… przyszli farmaceuci, postanowiłam opisać każdy przedmiot pierwszego roku farmacji, by mniej więcej zarysować „o co w ogóle chodzi”.

Witam na farmacji na Uniwersytecie Medycznym im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu! 🙂

Muszę też zaznaczyć, że wszelkie opinie są moimi włąsnymi i że ja jestem raczej przewrażliwiona na punkcie sumiennego podejścia do zajęć i jeśli komuś zależy to może przejść przez wszystko wkładając w to kilka razy mniej wysiłku 😉